PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
RSS
środa, 27 stycznia 2016
Śpiewanie jak mgła - Stacey Kent - Tenderly

 

 

tender

Jest tak ulotna i delikatna jak jej głos. Jednak nie przeszkadza to jej wyjść na scenę w pięknej, tiulowej sukience do której przywdzieje punkowe glany. Stacey Kent, jedna z najwybitniejszych wokalistek jazzowych naszych czasów, właśnie wydała album "Tenderly". Piękny, nastrojowy, nie nachalny.

Artystka posiada niepowtarzalny głos, a charakterystyczny sposób prostych interpretacji bez zbędnych zawijasów czy wodospadów lejących się na słuchacza nut, to jej markowy znak. Liczne koncerty i płyty często pozbawione są wsparcia perkusji, co czyni ostateczny efekt bardzo kameralnym. To trochę jakby w kąciku naszego mieszkania usiadła w puszystym fotelu wokalistka, która nie chce nam wykrzyczeć a raczej wyszeptać do ucha to, co każdy mężczyzna chciałby usłyszeć od swojej wybranki (i vice versa). 

Ale ten styl wolny od gromkiego forte, za to bogaty w pięknie lejące się nutki, ma tyle samo fanów ilu krytyków. A to już jest coś! Stacey Kent nie pozwala przejść nad swoim śpiewem obojętnie. "Jej głos jest miękki, nieskazitelny i klarowny jak nigdy dotąd a ona sam przekonującą i ujmująca" - napisał entuzjastycznie w "The Guardian", Dave Gelly. Tego entuzjazmu nie podziela "The Times", który piórem Chrisa Pearsona oznajmia:

"Spotkanie z gitarzystą Roberto Menescalem, współtwórcą bossa-novy, procentuje dwunastoma utworami niemal wyszeptanymi, jednak mało oryginalnymi, wręcz kalkami stylu". Minusem ma tu być zbyt kurczowe trzymanie formuły wypracowanej przez Stana Getza i Joao Gilberto. Ale czy to wada równać do najlepszych, ikon stylu? Nie zgodzę się z Pearsonem, bowiem choć album ma w sobie sporą dozę latynoskich klimatów, to nie jest to płyta stricte bossova. To bardziej balladowe ujecie jazzu w jego soczystości i kameralności niż wejście do świata synkop i gorących rytmów. Jak widać, coś co jednych zachwyca, innych mierzi. Ale formuła interpretacji Stacey Kent zawsze była (i jest) oparta na bardzo zmysłowym, właśnie takim niemal wyszeptywanym interpretowaniu ballad bądź klasycznych swingujących tematów. I to sprawiło, że ma bardzo wielu fanów, którzy po całodniowym zagonieniu uwielbiają sobie puścić jej krążek w domu. Ot dla wyciszenia, zbudowania klimatu nadchodzącego zmierzchu.

kj

Bezdyskusyjnie ktoś, komu album przypadł do gustu jest Dionizy Piątkowski, człowiek, który już niejednokrotnie sprowadzał artystkę do Polski:

- I tym razem Stacey Kent nie zaskakuje słuchaczy – jest najdoskonalsza w swej charakterystycznej, muzycznej pozie i  choć  wokalistka unika forsownych skojarzeń z bossa-novą, to „Tenderly jest – tak sądzę - jej niezwykle ważnym nagraniem. Amerykańska wokalistka nie siląc  się na oryginalność, z dużą dozą jazzowej nostalgii śpiewa standardy a wtórujące jej trio: Roberto Menescal- gitara, Jeremy Brown—kontrabas oraz asystujący prawie każdemu nagraniu Stacey, saksofonista Jim Tomlinson (prywatnie jej życiowy partner) tworzą niezwykle ciekawe brzmienie i spójny nastrój całego albumu - dodaje producent.

Można powiedzieć, że to muzyka zbudowana z wzajemnej miłości i jednakowego odczuwania jazzu. Stacey Kent swojego męża i saksofonistę "w jednym" czyli Jima Tomlinsona poznała w Anglii. Współpraca z błyskotliwym i zdolnym muzykiem  zaowocowała  nagraniem wspólnie wielu płyt. Jej pierwszy album, „Close Your Eyes” ukazał się w 1997 roku. Pojawiała się gościnnie na płytach Tomlisona – ostatnio na płycie “The Lyric” (2005), która otrzymała nagrodę “Album of the Year” 2006 na BBC Jazz Awards. „Tenderly” to dziesiąty album studyjny w dorobku Stacey Kent.

"A vida é a arte do encontro, embora haja tanto desencontro pela vida" - życie jest sztuką spotkania ale też jest wiele w nim rozbieżności, cytuje Vinicius de Moraes, mistrza bossa-novy artystka w materiale promującym album.

"Kolejna płyta, przy której zwyczajnie można usiąść i zrelaksować się", napisał spontanicznie jeden z fanów Stacey Kent w internetowym komentarzy płyty, a ktoś inny skwitował, że jest tak nudna, że chyba odda ją na cele dobroczynne. Z tym ostatni się zdecydowanie nie zgadzam.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie



10:24, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 stycznia 2016
Ojciec wielu mistrzów
Autor ponad 50 płyt i blisko setki kompozycji wykonywanych na całym świecie, w dodatku obsypany licznymi nagrodami i tytułami z fonograficznymi Fryderykami włącznie, to postać idealnie skrojona na okładki magazynów, wymarzony temat celebryckich dyskusji. Nic z tego, 82-letni profesor Marian Borkowski, kompozytor światowego formatu od lat oddany jest artystycznemu sacrum a jego album "Solo works" to kolejny pewniak w tegorocznych rozdaniach Fryderyków.
sobota, 16 stycznia 2016
Piękno zrodzone w bólu - Lari Lu dla Gazety Polskiej Codziennie
Jest jednym z najbardziej interesujących głosów naszej muzycznej sceny. Niezależna, odkrywcza i szukająca bezustannie swojej ścieżki, jak nit inny dotąd w Polsce, poszła śladami sonorystycznych eksperymentów Björk, wielopłaszczyznowych zabaw z dźwiękami jak u Laurie Anderson. Jednak nigdy nie wyszła z ram komunikatywności niezależnego, elektrycznego popu. Proszę Państwa, oto Lari Lu!
piątek, 15 stycznia 2016
Grammy 2016 - pierwsi laureaci
"- Każdego roku Akademia ma przywilej i honor przyznania nagrody tym, którzy mieli wielki wkład w nasz muzyczny przemysł, dziedzictwo kulturalne - powiedział Neil Portnow prezydent The Recording Academy. Wpływ nagrodzonych w tym roku artystów, producentów jest niepodważalny. Od lat wpływali na kształt branży i jeszcze długo ich dzieło ten wpływ będzie nadal wywierać" - Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie
wtorek, 12 stycznia 2016
Bo wie to David - Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie
"- Stałem na scenie i zadawałem sobie pytanie, co wy tu robicie, po co przyszliście na mój koncert, powinniście iść na Phila Collinsa! Z czasem okazał się, że to sam sobie powinienem zadać pytanie; co ja tu robię?" David Bowie
niedziela, 10 stycznia 2016
Pograjmy na poważnie

str

Polska muzyka klasyczną stoi. Znakomite występy artystów na wszystkich kontynentach, płyty trafiające na półki w magazynach płytowych od USA pod Japonię, nazwiska trafiające do zestawień najbardziej wpływowych rankingów i laurów, z Grammy włącznie, to spektakularna demonstracja, że obok jazzu, właśnie muzyką poważną odciskamy polski ślad w świecie.

 

Choć radiowe playlisty, agresywna reklama w tzw. dobrych sklepach muzycznych oraz celebrycka obecność w telewizjach śniadaniowych czy na okładkach magazynów tak śliskich od płytkiego wazeliniarstwa jak ich lakierowane okładki, budują całkiem inny obraz naszego muzycznego biznesu, to najlepszym recenzentem jest i tak obecność w zestawieniach odtworzeń przesyłanych z zagranicy do organizacji tzw. zbiorowego zarządzania (czyli tantiemy dla artystów za puszczanie ich muzyki np. w radiu). Ot, nie wozi się drzewa do lasu, nasze gwiazdy popu i rocka, w większości wtórne do zachodnich oryginałów i wartościowe jak demoludowe podróbki coli, nie mają co szukać na falach eteru brytyjskich czy amerykańskich rozgłośni. Za to jazz, muzyka filmowa czy folk w konwencji world-music (vide np. Kapela ze wsi Warszawa, jazzowo-ludowe twórcze wycieczki Anny Marii Jopek czy multikulturowa estetyka Marii Pomianowskiej)  podobnie jak muzyka kolokwialnie nazywana "poważką", stają się ambasadorem naszej muzycznej kultury. Znamiennie brzmią tutaj słowa Czesława Niemena, które usłyszałem od niego w warszawskim klubie Stodoła w luźnej rozmowie o kondycji naszego muzycznego profanum:

- Oni nie szukają siebie, nie chcą grać siebie, oni robią wyścigi kto jest bardziej podobny do Anglików. Kto szybciej gra na gitarze i ma dziwniejsze spodnie. To co potem grają, jak grają, jak śpiewają, to nic jest. Szkoda włączać radio, prądu szkoda.

Wyspy piękna

Na szczęście są tacy, którzy równają do najlepszych, często wskakując na artystyczny muzyczny Olimp. Płyty, które ostatnio trafiły do rąk melomanów, to tyle samo radość dla ucha, co przykład, że na morzu nijakości trafiają się wyspy piękna.

temper

Gruppo di Tempera - powstała w 2007 roku i skupia czołowych muzyków-wirtuozów, od lat współpracujących ze sobą w rozmaitych formacjach kameralnych i orkiestrowych. Posiadając tak znakomity warsztat i doświadczenie, zmierzyli się wykonawczo z kameralną muzyką francuską. Agata Igras-Sawicka – flet; Sebastian Aleksandrowicz – obój; Adrian Janda – klarnet; Artur Kasperek – fagot; Tomasz Bińkowski – waltornia oraz Agnieszka Kopacka-Aleksandrowicz – fortepian na wydanym właśnie albumie porywająco interpretują dzieła Jacquesa Iberta, Dariusa Milhaud, Jana Françaixa a swoistym echem z przeszłości dla wielu czytelników będzie "Sekstet na flet, obój, klarnet, waltornię, fagot i fortepian" Francisa Poulenca. Kto pamięta legendarne czwartkowe spektakle telewizyjnej Kobry, ten świetnie rozpozna w pierwszym temacie znajome dźwięki. Choć zarejestrowane przez Gruppo di Tempera kompozycje to klasyka XX wieku, dzisiaj brzmi ona komunikatywnie a nazwiska Milhaud czy Ibert kompletnie nie odstraszają nawet mało obytych słuchaczy. Tak zwykle jest, gdy trudne dzieło trafia na wybornego wykonawcę.

skriab

Podobnie dzieje się w wypadku muzyki Aleksandra Skriabina, która pod palcami znakomitego pianisty Wojciecha Majewskiego, przemawia do nas pięknem tego, co Skriabin nam dał (dzisiaj przez wielu uznawany za najwybitniejszego kontynuatora romantycznego nurtu wynikającego wprost ze sztuki Fryderyka Chopina). Płyta artysty swobodnie poruszającego się po klasyce, jazzie i poetyckich klimatach, jest w całości poświęcona muzyce wielkiego rosyjskiego kompozytora. 34 miniatury m.in.: preludia, mazurki, etiudy, poematy, w chronologicznym układzie utworów - od dziecięcego „Kanonu”(1883) aż do ostatnich „5 Preludiów op.74” z 1914 roku - to zarówno znakomity przykład ewolucji stylu Skriabina ale i możliwość pokazani kunsztu przez solistę a pianistyka Skriabina to Himalaje wirtuozerii. Majewski pokazuje tutaj zarówno rewelacyjny warsztat jak również mentalną dojrzałość na miarę (niegdyś) wykraczających daleko za percepcję zwykłego melomana kompozycji. Pod palcami Majewskiego, Skriabin nie taki straszny, a i piękny!

Piąty element

Zwolennicy przekraczania granic zakochają się w albumie Atom String Quartet i Cezariusza Gadziny (nasz mieszkający w Brukseli wirtuoz saksofonów, światowego formatu) - "The Fifth Element". To coś jak bardziej wyrafinowany Jan Garbarek czy saksofonowy jazz ubrany w natchnione klasyczne instrumentacje. Tutaj światy się przenikają i nie widać stylistycznego szwu. Nastrojowa "Daraja" podobnie jak "Daily Sax", to kompozycje, które gdyby wydawnictwo miało amerykańską dystrybucje, bez wątpienia gościłyby wśród potencjalnych nominantów do Grammy. Podobnie jak cały album, bo to światowe granie jest!

fifth

Znamienne, że gdy do łączenia estetyk i konwencji zabierają się muzycy wszechstronni, a dodatkowo posiadający ugruntowany w uczelniach warsztat, to efekty są zazwyczaj porywające. Tak dzieje sie u Krzesimira Dębskiego na albumie wydanym przez Agencję Muzyczną Polskiego Radia, gdzie odnajdujemy trzy jego ciekawe kompozycje: Koncert skrzypcowy nr 3 (solista Łukaszem Błaszczyk); “Stories” na kontrabas i orkiestrę (tu Adamem Bogackim) oraz istne pomieszanie z poplątaniem - „Wariacje na temat K. Dębskiego”. Wszystko zostało nagrane efektowanie z towarzyszeniem Polskiej Orkiestry Radiowej pod dyrekcją kompozytora. Oblicze tego kompozytora, całkiem odmienne od stricte jazzowego czy twórcy muzyki filmowej, jest wielce intrygujące. Aż chce się krzyknąć: więcej!

krzes

Na koniec zostawiłem album, którym pozornie nie powinien stać się hitem. No bo chyba tylko Verdi, Faure, Bach i Mozart mogli budować swoją pozycję na fraza żałobnych. A tu proszę!

kwadro

Zespół Kwadrofonik wraz z śpiewającym Adamem Śtrugiem, sięgnęli po teksty pieśni pogrzebowych z XIX-wiecznego śpiewnika pelplińskiego, doprawili to elektronicznymi sztuczkami łącząc świat muzyki ludowej, tradycyjnej kościelnej z wszystkim, co atrakcyjne w muzyce współczesnej. "Requiem Ludowe - Kwadrofonik, Adam Strug" - płyta niby skazana na niszowość, stała się nie tylko hitem trafiającym do rąk odbiorcy  zakochanego w pięknie, poszukiwaniu i świeżości, również podbiła zestawienia krytyków. Dla mnie absolutny hit ostatnich miesięcy.

Zaręczam, sięgnijcie po opisane tutaj płyty. Raz, że są znakomite. Dwa, że wszystkie mają to coś tak istotnego: Dobre, Bo Polskie!

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie - 9/10 stycznia 2016



15:56, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 stycznia 2016
Unforgettable Natalie
To dzięki Natalie Cole i jej ojcu, wielkiemu Nat King Cole'owi, słowo Unforgettable - niezapomniany, stało się muzyczna marką. Kiedy cały świat radował się z nadejścia 2016 i żegnał odchodzący 2015 rok, z dala od reflektorów odeszła od nas w wieku 65 lat na zawał serca Natalie Cole.
niedziela, 03 stycznia 2016
Nowy Roku Prosimy Kulturalnie
... czyli Leszek Możdżer, Aga Zaryan, Włodek Pawlik, Krzesimir Debski, Dionizy Piątkowski, John Porter, Milo Kurtis, Hubert Zadrożny, Apostolis Anthimos, Marek "Prezes" Laskowski - o kulturze na nowy 2016 rok Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie - 2 I 2016
czwartek, 31 grudnia 2015
2015 + 1 = 2016

habby

12:26, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 grudnia 2015
Moi drodzy ...

wesolego

11:20, jazz-gazeta
Link Komentarze (1) »
Placido Domingo & Patryk Filipowicz, czyli...

Płytowe kolędowe ostatki

Każdy dzień niesie nam kolejne płytowe niespodzianki z muzyką wpisaną w nadchodzące Boże Narodzenie. Jako ostatnia muzyczna forpoczta Betlejemskiej Gwiazdy dotarły do nas albumy leżące na przeciwległych biegunach muzycznego biznesu.

Album wielokrotnie opisywanego na naszych łamach Patryka Filipowicza, to 10 kolęd i pastorałek w solowych, gitarowych interpretacjach ("Wśród nocnej ciszy" otrzymujemy w dwóch wersjach). stonowane granie, wolne od patosu, takie oazowo-wspólnotowe a nie typowo koncertowe.

filip     doming

Kogoś tak pięknie grającego na gitarze każdy chciałby mieć u swego boku, szczególnie wówczas, kiedy śpiewem chce wyrazić radość z nadejścia Pana. A co mówi sam artysta?

- W bieżącym roku ukończyłem 33 lata, czyli tzw. „wiek Chrystusowy”. Może to stąd ta siła i inspiracja do tego, by w tym samym roku nagrać trzy płyty o tematyce religijnej, na których uwieczniłem łącznie 30 autorskich, instrumentalnych opracowań tradycyjnych pieśni. Kolejno ukazały się pieśni wielkopostne (płyta "Lamenty duszy i gitary"), maryjne (płyta "Dróżki pokory") oraz kolędy czyli najnowszy mój album. Tym samym teraz mogę otwarcie to powiedzieć, ten tryptyk płytowy, został ukończony! W ten sposób również kończę moje świętowanie wejścia w "wiek Chrystusowy". Dziękuję za dotychczasowe wsparcie i ciepłe słowa! To było bardzo potrzebne i bardzo pomocne! Mam nadzieję, że moje instrumentalne wersje kolęd także pomogą w rozważaniu życia Pana Jezusa - kwituje artysta życząc wszystkim Wesołych Świąt. A my dziękując za płytowy tryptyk, prosimy o więcej. 

No właśnie, a jakiż to album ma całkiem inną stylistykę. Mowa o "My Christmas" giganta operowego śpiewu, dyrygenta i promotora talentów - Placido Domingo. Do nagrania płyty gwiazdor zaprosił licznych gości, z którymi tworzy przepiękne świąteczne duety. A że Domingo równie swobodnie porusza się po operowym, musicalowym, wodewilowymi popowym świecie, płyta dokładnie odzwierciedla jego artystyczne oblicza. Album otwiera światowy szlagier "Have Yourself a Merry Little Christmas" wykonany wspólnie z Vincentem Nicolem. "Guardian Angel" (tu u boku Domingo, Idina Menzel) wprowadza nas w świat muzycznej zadumy, który wspaniale kontynuuje "Silent Night" wykonane wraz z The Piano Guys. Na albumie mamy też "Pie Jesu" z słynnego "Requiem" Andrew Lloyd Webbera (Domingo zaśpiewał na premierowym wydaniu tego utworu przed wieloma laty) teraz czyni to wraz z Jackie Evancho, słynną zdobywczynią II nagrody piątej edycji amerykańskiej wersji programu Mam Talent (miała wówczas 10 lat a za jej promocja stanął sam David Foster). Przyjemnie słucha się wyśpiewanego przez słynnego tenora (choć dzisiaj to już tenor-baryton) i młodych solistów opery w Los Angeles - "God Rest Ye Merry, Gentlemen" oraz  rodzinnego dopełnienia krążka, "White Christmas" (tu Placido Domingo Jr). Cóż, niedaleko pada jabłko od jabłoni (choć w świątecznym czasie, właściwiej byłby szyszka od jodełki). Krążek zamykają: klasyczne, Mozartowskie "Ave Verum Corpus" oraz jedyny utwór utrzymany w tanecznych rytmach gorącej rumby - "Feliz Navidad" nagrane wraz z Banda el Recodo.

 

W nagraniu wszystkim towarzyszyła Czeska Filharmonia Narodowa oraz jej chór. Dyrygował Eugene Kohn. I tak powstała wolna od ekstrawagancji płyta, idealnie skrojona na miarę Świąt.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie



11:16, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
Band of Merrymakers

My chcemy śniegu!

Czy na zawartych w tytule słowach można zbudować hit? Ekipa zjednoczona pod szyldem Band of Merrymakers - Welcome To Our Christmas Party pokazuje, że tak i co więcej buduje na tym biznesplan sięgający 2025 roku!

band of

Za produkcją i swoistą super grupą stoi Sam Hollander, twórca licznych hitów wypromowanych m.in. przez One Direction, Carole King, Arested Development, Gym Class Heroes czy Toma Jonesa. To właśnie on razem z znakomitym gitarzystą Kevinem Griffinem (znamy go z współpracy i współautorstwa hitów Taylor Swift, Jamesem Blunta, Blondie, Sugarland i Boys Like Girls, sam jest liderem grupy Better Than Ezra) powołali zespół, który wydawcy albumu określają mianem formacji o fluktuującym składzie. I tak jest. W zasadzie klika postaci - filarów (jak choćby obdarzona znakomitym głosem Natasha Bedingfield, Brytyjka nominowana do Grammy znana z przebojów "Unwritten", "I Wanna Have Your Babies" i "Soulmate", uznawana VH1 za jeden z najlepszych głosów kobiecych świata - 66 miejsce w TOP 100) ze wspomnianymi pomysłodawcami dostarcza nam 11 świetnie skrojonych na przedświąteczny czas hitów, tyle samo oryginalnych ("Snow, snow snow" z przywołanym w tytule artykułu wołaniem o śnieg, "Wishlist", "Holliday in L.A.") jak i znanych christmasów, czyli piosenek tak samo silnie wrośniętych w muzyczna oprawę Świąt Bożego Narodzenia jak choinki, gwiazdki, śnieżynki czy renifery. Ta mieszanina jest iście wybuchowa! Przy pełnych popowych i electro-dance'owych brzmieć piosenkach, mak sam się mieli, uszka kleją perfekcyjnie jak za ruchem zaczarowanej różdżki. Nawet brak śniegu, dzięki wszechobecnym dzwoneczkom i iście anielskim chórom, jak by mniej nam doskwiera. Mnie cieszy kilka nowych interpretacji takich kamieni milowych  światowych gwiazdkowych hitów jak "Jingle Bells" (świetny porywający do tańca pop, znakomicie bazujący na naturalnym rytmie zawartych w tytule słów), "Joy to the World" doprawione soulem, r'n'b, oraz sky, a oparte na niesamowitym głosie Firekida (artysta jest spełnioną amerykańską nadzieją gatunków bluegrass i rocka zbudowanego na klimatach country). Ciekawą sztuczkę dostajemy w "Gather Round" gdzie oryginalny temat został "sklejony"  z zimowym tematem " Carol Of The Bells" giganta muzycznego biznesu - Davida Fostera.  Album stylistycznie choć związany z świątecznymi klimatami, jest też rewelacyjna produkcja w konwencji indie-popu, niezależnego myślenia artystycznego w obrębie muzyki będącej z założenia mało ambitną. I nic mylnego! Tutaj doskonała produkcja, wspaniałe brzmienie i nowe pomysły na tematy czasami zgrane aż do bólu, to jakość nieczęsto spotykana. Cały album zamyka  klasyczny tradycyjny szkocki temat "Auld Lang Syne" u nas znane jako "Ogniska już dogasa blask..." (temat należy do najpopularniejszych w gronie 25 tysięcy z światowego dziedzictwa, przekazywanych przez wieku i pokolenia w tzw. ustnym przekazie). Fajna klamra, ot otwór przemawiający do nas wszystkich bez względu na szerokość geograficzną, swym międzynarodowym - uniwersalnym językiem muzyki.

"Welcome to Our Christmas Party" to nieczęsto spotykana mieszanina klimatów folkowych i country oczywiście oprawionych w popową konwencję, tryskająca soulem i r'n'b w tanecznym sosie. Ale co z tym biznesplanem sięgającym 2025 roku? album jest częścia projektu charytatywnego MusiCares, przez co część dochodu ze sprzedaży płyty (album ma być w dystrybucji przez 10 lat) trafi do muzyków znajdujących się w krytycznej sytuacji materialnej. Fakt, że płyta odtwarzana jest w wiodących sieciach handlowych w USA jak muzyka towarzysząca zakupom (czy może być lepsza reklama), jak i to, że trafia do Europy, może zwiastować sukces również filantropijnego wątku przedsięwzięcia.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie



11:12, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Nie zawsze jest kawior - Grammy 2016

Nie zawsze jest kawior

Raptem za dwa miesiące poznamy laureatów 58 gali rozdania najważniejszych nagród muzycznych świata - Grammy. Kto odbierze najpopularniejsze obok Oscara statuetki - małe złociste gramofoniki w Staples Center - Los Angeles? Przyznam szczerze, pewniaków jest w tym roku niewielu. A czas tyka. Zapamiętajcie ten ciąg liczbowy: 58:08:10:28.

gram1

Sukces Włodka Pawlika, który wespół z gigantem jazzowej trąbki, Amerykaninem, Randy Breckerem, kaliskimi filharmonikami, Czarkiem Konradem i Pawłem Pańtą zostali wywołani jako zdobywcy słynnego lauru 26 stycznia 2014 roku za nagranie jazzu wielkozespołwego, podobnie jak rok wcześniejszy sukces Filharmonii Narodowej i Antoniego Wita (album z dziełami Krzysztofa Pendereckiego), to wszystko zaostrzyło nam apetyty na kolejne laury. Ale tegoroczne nominacje to kubeł zimnej wody na nasze rozgrzane głowy melomanów. Polskich akcentów szukać ze świecą, i to bardzo dużą, bowiem wyłącznie wiedza muzyka-melomana, człowieka obcującego z fonogramami z całego świata dała w tym roku klucz do odnalezienia polskich wątków. Cóż, nie zawsze na kolację podają kawior. A jak wygląda ogólny przegląd nominowanych?

W niebieskim narożniku

Odwołując się do terminologii prosto z ringu bokserskiego, w niebieskim narożniku stoi Taylor Swift z albumem o dziwnie nam bliskiej dacie w tytule - "1989", która ma nominacje w prestiżowych kategoriach za nagranie (utwór "Blank Space"), najlepsze solowe wykonanie, album roku, teledysk, album wokalny. W czerwonym narożniku do walki dzielnie staje  Florence & The Machine za "How Big, How Blue, How Beautiful" w ostatniej z wymienionych wcześniej kategorii oraz za wykonanie zespołowe ("Ship To Wreck"). Mój werdykt: panie podziela się laurami, tym bardziej, że w wspomnianym rodzdziale wykonania zespołowego, znowu Florence depcze no nogach Taylor z Kedrickiem Lamarem za "Bad Blood". Obie panie pobiją się też w kategorii najlepszego krążka wokalnego. Ale Florence ma atut - nominacje w kategorii najlepszy rockowy kawałek. Uff!

Pewniakami w swojej działce wydają się muzycy-ikony dance - The Chemical Brothers za: "Go" (The Chemical Brothers feat. Q-Tip) z albumu  "Born In The Echoes". Niby wszystko wydaje sie dosyć jasne, ale namieszać może tutaj Skrillex & Diplo za "Where Are Ü Now" z albumu " Skrillex And Diplo Present Jack Ü". I tego bym sobie życzył, ceniąc wszystkie dokonania Skrillexa jako wizjonera i człowieka nigdy nie podążającego na smyczy muzycznych mód. A może nawet przeciw tym modom kroczącego.

Prosimy nie śpiewać

Kolejna kategoria, która w rozdaniach Grammy kryje się pod numerem 11, to najlepsze wykonanie instrumentalne. Kiedyś stwierdziłem, że to taki trochę stylistyczny i gatunkowy śmietnik, bo mogą tutaj trafić utwory z albumów "od sasa do lasa". I tak jest tym razem. "Guitar In The Space Age!" Billa Frisella konkuruje m.in. z "Afrodeezią" Marcusa Millera, świetnym "Sylva" Snarky Puppy & Metropole Orkest, a na pewno pola bez walki nie odda znakomity saksofonista Kirk Whalum (nomen omen, gigant chrześcijańskiego jazzu i gospel w USA) z albumem - a jakże: "The Gospel According To Jazz, Chapter IV". Jednak traktując jazz i jego okolice za margines wielkiej muzycznej polityki, warto popaterzeć na co można stawiać w muzyce rockowej. Tutaj stawiam na "What Kind Of Man" (oczywiście, jak wspomniałe wcześniej Florence & The Machine). Najmocnijeszy konkurent - "Something From Nothing" Foo Fighters, na tle kobiecej walki o największą wygraną w tym wydaniu Grammy, być może Fightersi to czarny koń rozdania. Zasłużony!

Metalowe tortury

Tak wyrównanej konkurencji nie ma chyba nigdzie, jak w "najlepszym wykonaniu metalowego rocka". "Identity" August Burns Red, "Cirice" Ghost, "512" Lamb Of God, "Thank You" Sevendust, "Custer" Slipknot. Stawiam na ostatniego kandydat, choć tu może wygrać każdy. Slipknot jest też typowany do roli nr 1 w gronie najlepszych krążków rockowych. Najmocniejszy konkurent - "Drones" Muse.

Niezwykle intrygująca kategorią jest muzyka alternatywna. Niby trudno sobie wyobrazić aby nie wygrała Björk za "Vulnicura", ale kto tam zna wyroki Akademii? W kategorii rapowej sprawa wydaje sie dosyć prosta, ilość wykonawców w piosence "All Day"(kilkadziesiąt gwiazd rapu, popu i r'n;b pod wodzą Kanye Westa) może okazać sie salomonowym wyrokiem. Wszyscy będą zadowoleni.

 

Kategoria  niedefiniowalna

Od wielu lat, gdy coś nie mieści się w innych przegródkach stylistycznych, często trafia do kategorii nr XXX -  Best New Age Album. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z filozoficznymi wywodami a jedynie obrazuje coś, co ja nazywam brakiem zdecydowania formalnego. Cóż, w czasach, gdy na płytach wydawcy często zamieszczają sugestie dla sklepikarzy: "wystawiać w dziale jazz" (np.) albumy z kategorii new age wymykają sie ramom. Inna sprawa, czy znacie Paula Avgerinosa, Madi Dasa, Catherine Duc, Petera Katera czy Rona Korbiego?  No właśnie, bardzo niszowa sytuacja. Inaczej niż z jazzem. O tytuł najlepszego sola jazzowego powalczą Joey Alexander, Christian McBride, Donny McCaslin, Joshua Redman i John Scofield. Ja dałbym im wszystkim po nagrodzie, bo to mistrzowie. O tytuł najlepszego albumu wokalnego rywalizują: "Many A New Day: Karrin Allyson Sings Rodgers & Hammerstein" Karrin Allyson; "Find A Heart" Denise Donatelli; "Flirting With Disaster" Lorraine Feather; "Jamison" Jamison Ross i "For One To Love" Cécile McLorin Salvant (mój typ). Jazz instrumentalny to "wyścigi między:  "My Favorite Things" Joey Alexandera , "Breathless" Terence'a Blancharda & The E-Collective, "Covered: Recorded Live At Capitol Studios" Roberta Glaspera (niezwyle cenieni w Polsce), "Beautiful Life" Jimmy Greena i - tooczywiście faworyt "Past Present" Johna Scofielda. W tak nam bliskiej za sprawa Włodka Pawlika kategorii 34. "Best Large Jazz Ensemble Album" faworytem wydaje się być "The Thompson Fields" Maria Schneider Orchestra która rywalizuje z "Lines Of Color" Gil Evans Project. Znamienne to, bowiem właśnie u boku nieodżałowanego Gila Evansa pierwsze orkiestrowe kroki stawiał Maria Schneider (ma też nominację za "Sue (Or In A Season Of Crime" z albumu "Nothing Has Changed" Davida Bowie).

Chrześcijanie

Kiedy śledzimy kategorie naszych Fryderyków, nawet niema co marzyć aby pojawiła się taka jak: Najlepsze Współczesne Wykonanie Muzyki Chrześcijańskiej. A Grammy w kategorii 37. właśnie takiego dotyczy. Faworyt: "Because He Lives (Amen)" - Matta Mahera z albumu "Saints And Sinners". Jak by tego było mało, kategoria 39. to ... Best Contemporary Christian Music Album (najlepszy album chrześcijański). I tu znowu "Saints And Sinners" Matta Mahera. Bardzo amerykańskim kategriami są te dotyczące "Best American Roots Performance" (tu faworyci "And Am I Born To Die" Béla Fleck & Abigail Washburn oraz "Born To Play Guitar" Buddy Guya). Guy ma też nominację w kategorii bluesowej a Fleck w folkowej.

 

Światowe klimaty

Silna konkurencja w kategorii Muzyki Świata pokazuje potege brzmien rodem z całego globu. "Gilbertos Samba Ao Vivo" Gilberto Gila, "Sings" Angelique Kidjo,  "Music From Inala"

Ladysmith Black Mambazo, "Home" Anoushki Shankar oraz "I Have No Everything Here" Zomba Prison Project (ostatnie nagarne z udziałem więźniów!) to pięc typów dla lauru.

Ale Grammy to również kategorie dla nas bardzo osobliwe jak choćby: Najlepszy album dla dzieci oraz Najlepszy album recytowany np. z recytacjami poezji i audiobukami (tutaj ma nominację "Blood On Snow (Jo Nesbø)" w interpretacji Patti Smith. Filmowe typy to: "Empire: Season 1"; "Fifty Shades Of Grey" a muzyka kinowa (oryginalna): "Birdman", "The Imitation Game", "Interstellar" Hansa Zimmera (kompozytor niebawem odwiedzi Polskę), "The Theory Of Everything" oraz mój faworyt - Whiplash.

 

Nieliczne polskie wątki

W kategrii muzyki instrumentalnej - kompozycji konkuruje "Confetti Man" (David Balakrishnan) w wykonaniu Turtle Island Quartet z naszym skrzypkiem w składzie - Mateuszem Smoczyńskim (artysta po latach współpracy, kilka tygodni temu rozstał się ze słynnym zespołem). Jest też w kategorii muzyki klasycznej album "Grieg & Moszkowski: Piano Concertos" (Joseph Moog; Nicholas Milton) z tytularną kompozycja polsko-niemieckiego Żyda - Maurycego Moszkowskiego.

A na koniec moja ulubiona kategoria, technologiczny Olimp, czyli najlepsza realizacja dźwięku w systemie przestrzennym. W gronie pięciu nominacji aż trzy należą do Norwega, Mortena Lindberga! Ale konkurencja jest silna (koniunkturalnie).  Mowa o "Amused To Death" Rogera Watersa w nowym miksie Jamesa Guthrie i Joela Planta. O tytuł najlepszego teledysku powalczą: "Alright" Kendricka Lamara "Bad Blood" Taylor Swift & Kendrick Lamar oraz "Freedom" Pharrella Williamsa

Gdy rozpocząłem pisanie tego tekstu, na umieszczonym na oficjalnym profilu nagród Grammy zegarze, widniała liczba 58:08:10:28, czyli 58 dni, 8 godzin, 10 minut i 28 sekund. Gdy kończyłem, było 58:06:36:59. W tym czasie w świecie ściągnięto kilka milionów plików z muzykę, liczby kliknięć w serwisach muzycznych "odsłuchowych" nawet nie da się wyliczyć. Ile piosenek, teledysków czy płyt, odtworzyli w tym czasie ludzie na całym świecie, nawet trudno sobie wyobrazić. Jeśli gdzieś zwrot "globalna wioska" dopełnia się stuprocentowo, to bezspornie jest nim internetowy rynek muzycznych multimediów. To gigantyczna skarbonka, do której bez brzęku monet sypia sie miliony jak świat długi szeroki. To muzyczny show biznes. Tyle samo niepojęty co nieprzewidywalny. A do Fryderyków procedura zgłaszania albumów, trwa. Więcj: grammy.com

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie

 



22:32, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 grudnia 2015
No to ruszyliśmy... UMFC, Minogue, Krzysztoń, Sinatra, Enya...

1kolumna

Czas kolędowania

Gdy za oknem plucha, gdy mróz na przemian z deszczem królują w prognozach pogody a śnieg stał się niemal rarytasem, duch nadchodzących Świąt rodzi się w naszych sercach i na radiowych playlistach. Stosowne, pełne dzwoneczków i iście anielskich chórków melodie, dobiegają do nas wszędzie

Jak to możliwe? Ot, do radiowych rozpisek emitowanych utworów, trafiają te, które wpisane są w ten szczególny czas przedświątecznego zagonienia. Niestety, ich los jest też przesądzony jak żywot karpia pławiącego się w wannie. Szczęśliwie kolędowe i wiejące klimatem Bożego Narodzenia albumy trafią gdzieś na półki czy do naszych szuflad, a jeśli los tak sprawi, być może dane im będzie nowe życie za rok, dwa, trzy. Jest wiele klasycznych, wręcz legendarnych albumów z kolędami czy stosownymi światowymi hitami, określanymi mianem "christmasów". Jest słynny, liczący już 48 lat album Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze "Mazowsze śpiewa kolędy" z wzorcowymi orkiestracjami Mariana Domańskiego (mam jeszcze jego winylową wersję, wpisującą się idealnie w obecny trend odkurzania domowych gramofonów). Jest o niemal dwa pokolenia młodszy album Ewy Małas - Godlewskiej i Grzegorza Turnaua "Witaj gwiazdo złota", prawdziwa perełka współczesnego ujęcia tematu w naszej fonografii. Są też niezliczone amerykańskie albumy z tymi Franka Sinatry, Binga Crosby, Raya Charlesa, The Singers Unlimited, Louisa Armstronaga i Elli Fitzgerald jak i musicalowymi oraz filmowymi szlagierami na czele - prawdziwy kanon. Ale od czego jest muzyczny biznes jak nie od tego, aby na kilka tygodni przed Wigilią z sklepowych półek uśmiechały się do nas nowe płyty a z radiowych głośników płynęły melodie, każdą nutą pokazujące, że narodziny Dzieciątka Jezus, to czas, w którym gasną wszelki spory a zwierzęta przemawiają do nas ludzkim głosem.

Prosto z anteny

Jak echo z przeszłości brzmi najnowszy, jedenasty już album w serii "Polska nostalgia". Jego wydawca, Polskie Radio, podobnie jak na dziesięciu wcześniejszych, dokonał kwerendy archiwów i wydobył z nich 18 kolęd i piosenek a następnie umieścił na tradycyjnie pięknie i interesująco wydanym albumie. Jest tu Joanna Rawik w przepięknej kompozycji Adama Sławińskiego "Świeci gwiazdka". Jest wzruszająca Anna German ("Gdy Śliczna Panna"), zapomniany Waldemar Kocoń ("Cicha noc") i Ewa Dębicka z Alibabek ("Wśród nocnej ciszy"). Jest Zbigniew Wodecki ("Dzisiaj w Betlejem") oraz duet Anna Chodakowska z Tomaszem Stockingerem w kolędzie "Gwiazda zastukali" z telewizyjnego programu, który nigdy nie został wyemitowany i tylko to nagranie przetrwało w archiwach. Są dwie wyjątkowe wersje "Lulajże Jezuniu" w dwóch absolutnie odmiennych stylizacjach: jazzowej Zbigniewa Namysłowskiego i balladowej Elżbiety Adamiak. Jest też niepowtarzalna pieśń a cappella w wykonaniu tria Halina Frąckowiak, Alicja Majewska i Andrzej Zaucha! 

Piękny świat Antoniny

O mężczyznach śpiewających w konwencji, której hołduje Antonina Krzysztoń, mówi się, że są bardami. Ale kobieta - bardka? Odkładając na bok językowe dywagacje oznajmiam, że nasza znakomita, bardzo klimatyczna artystka wydała właśnie album tak inny od kolędowej komercyjnej sztampy, że każdy dla kogo słowa: "Boże Narodzenie, czas rodzącej się nadziei", nie są puste a co więcej, tej nadziei szuka, powinien  go posłuchać. 13 utworów (w tym 10 śmiało aspirujących do miana kolęd) zgodnie z wolą Antoniny ma nieś otuchę tym, którzy jej potrzebują. Ona sama dodaje do albumu dedykację dla rodzin, które przeżywają kryzys. "Przychodzę do Ciebie", "Panna Czysta", "Szukam Ciebie, Mały Królu" czy "Jak Tu Dobrze" dodają otuchy ale pozostawiają nas z refleksją nad biegnącym czasem, koniecznością oddzielenia rzeczy małych od tych wiecznych (wszystkie kompozycje i teksty są autorstwa liderki). W tej płycie cenię też prostotę i oszczędność środków wyrazu. Są kolędowania pełne patosu, dzwonów, blichtru i trąb, ale i te skromne, z pasterska piszczałką w zgrzebnej koszulinie. Ten album pełen ciepła, tak bardzo polski, należy do tych drugich. Ogrzewa serca radością z narodzin Jezuska i pewnie wielu skłoni do tego, aby zakończyć rodzinne waśnie, nasze małe wojenki i nakaże wyprostować drogi ku rodzinnemu szczęściu. Piękne to muzykowanie!

Sympatyczne synkopy

Na swingującym biegunie kolędowania leży najnowszy album Big Bandu Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Prowadzony przez Piotra Kostrzewę zespół, aktualnie najlepszy nasz big band, porywa efektownymi interpretacjami tematów pełnych iskrzących śnieżynek i choinkowych bombek. Tytuł krążka zdradza wszystko - "Swingujące Święta". A czego tu nie ma?! "Jingle Bells", "Santa Claus Is Coming To Town", "Silent Night" to tematy od dekad wpisane w raptem kilka tygodni przed i po Bożym Narodzeniu. cenię ten zespól za niespotykaną, kiedyś zarezerwowaną wyłącznie dla amerykańskich produkcji perfekcję i wirtuozerię. Słychać tutaj - co chyba najważniejsze - radość z tego muzykowania! Ten album to również hołd dla Franka Sinatry, którego setne urodziny obchodziliśmy przed tygodniem.

Ale czy można w tej jubileuszowej dedykacji posunąć się dalej? Oczywiście! Tak czyni Kylie Minogue, która na swoim albumie "Christmas" śpiewa właśnie z Frankiem Sinatrą. Od czasu kiedy Nat King Cole zaśpiewał "pośmiertnie" z córką Natalie "Unforgettable with love" wiemy, że nowoczesna technika daje możliwość wyciąć ze starego nagrania i wykorzystać ponownie wszystko. I tak pochodząca z Australii gwiazda popu śpiewa nam "Santa Claus Is Coming To Town". O tym, że to legendarne nagranie w w oryginale sprzed lat to już kanon muzyki, nie trzeba nikogo przekonywać, stąd jedynie dodam, że Kylie nie psuje go. I choć to na pewno lokomotywa albumu, to jednak wolę otwierający całość "It's The Most Wonderful Time Of The Year" oraz nowe piosenki, bo każda z nich jest pięknym prezentem pod nasze świąteczne choinki.

Enya przychodzi z mrozem

Była wokalistka cenionej formacji Clannad, począwszy od wielkiego sukcesu jej solowego debiutu "Watermark" (1988), co jakiś czas dostarcza nam nowych albumów i nowej muzyki tak łudząco do siebie podobnej stylistycznie i brzmieniowo, że można mówić o jednej niekończącej się melodii. I pewnie, gdyby jakiś gwiazdor popu czy rocka nagrał następny "taki sam album", padł by pod gradem krytyki, ale nie Enya. Paradoksalnie od niej wszyscy oczekują, aby podtrzymywała klimat nastrojowych, często podszytych celtyckim folklorem piosenek. Delikatnego, wręcz ulotnego jak mgła głosu, utworów pełnych dźwiękowej przestrzeni i oddechu. I co najciekawsze, jaj płyty zazwyczaj trafiają do nas jesienią aby nabrać rumieńców na radiowych playlistach w czasie przedświątecznym. Nic dziwnego, "Echoes In Rain", "So I Could Find My Way" czy "Sancta Maria" idą za rękę z klimatem tego wszystkiego, co obowiązkowo pojawia się w muzycznej przestrzeni wraz wszechobecnymi przystrojonymi choinkami.

I tym miłym akcentem życzę wszystkim wraz z nadchodzącą radością z Narodzin Pana wielu miłych przeżyć. Przede wszystkim rodzinnych i duchowych, ale i muzycznych Świąt. Śpiewajmy Panu pieśń nową!

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie (19/XII 2015)



19:43, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Spektakularne liczby muzyki

50, 100, 18262, 36524, 600 oraz 1200. Zapewne zapytacie Państwo o co chodzi? Co ma ta wyliczanka wspólnego z kulturą? Odpowiedź jest prosta: wiele.

50 i 100 lat, to odpowiednio 18 262 oraz 36 524 dni, to również 600 oraz 1200 miesięcy. Nie ma co kryć, już dawno nie mieliśmy kumulacji tak wielu istotnych dat - rocznic. Mija dokładnie pół wieku od czasu, kiedy nagrano najważniejszych album polskiego jazzu - "Astigmatic" Krzysztofa Komedy.

jfjf

Nomen omen, z okazji 50-lecia naszego najbardziej wpływowego magazynu jazzu - "Jazz Forum, krytycy ten właśnie krążek okrzyknęli (ponownie), numerem jeden w całej rodzimej swingującej fonografii. Warto dodać, że album legendarnego pianisty i kompozytora, wyprzedził: "Winobranie" i "Kujaviak Goes Funky" Zbigniewa Namysłowskiego oraz "Litanię" Tomasza Stańki. Ten ostatni jazzman w TOP 10 setki jazzowych albumów wszechczasów wg "Jazz Forum",  umieścił jeszcze dwa kolejne krążki: "Music for K" oraz "Balladynę". Podobnie jak Stańko, trzy krążki zmieścił "w dziesiątce" nasz nieodżałowany jazzowy wiolinista, Zbigniew Seifert ("Passion", "Man of the Light", "Kilimanjaro"). Dziesiątkę uzupełnia "Time Killers" tria Szukalski/Karola/Bartkowski (7. pozycja). O legendzie albumu - zwycięzcy najlepiej świadczy fakt, że zdobył więcej punktów (470) niż kolejne dwa razem wzięte! Nic dziwnego, że Komeda został polskim muzykiem jazzowym wszechczasów, choć tylko nieznacznie (raptem o 36 punktów) wyprzedzając Stańkę. Trzecie miejsce oczywiście dla Namysłowskiego.

Dowód na istnienie Boga

Legendarny krążek Johna Coltrane'a - "A Love Supreme", choć nagrany dokładnie 51 lat temu, to właśnie w tym roku obchodzi półwiecze wydania. Z tej okazji oczywiście dostaliśmy kolejny zestaw płyt z dodatkami, w tym tradycyjnie niepublikowane materiały. Który to już raz? Jak mówił sam "Trane", album zarejestrował w czasie, kiedy po licznych życiowych zakrętach, granie stało sie dla niego modlitwą i medytacją. Ćwiczył godzinami, podążał ścieżką duchową, gdzie Bóg był najważniejszą, oprócz samej muzyki, rzeczą w życiu muzyka. Dał temu wyraz właśnie na "A Love Supreme". Płytą - jej czterema kompozycjami połączonymi w osobisty, niemal intymny hymn - złożył hołd, jak sam mówił - najwyższej sile we Wszechświecie, Bogu, Absolutowi, Kosmosowi. Miłości. Te myśli zapisał na wielkiej kartce papieru, która stanowiła cały szkic albumu. Ostatnio furorę robi zdanie Jimmy Garrisona (to jego słynny kontrabasowy riff rozpędza ikoniczną dla gatunku kompozycję "Acknowledgement" zaraz po demonicznym wstępie Coltrane'a):

- Gdybym wiedział, że to stanie się takie słynne, zagrałbym lepiej.

Dzisiaj album "Trane'a" stoi obok "Kind of Blue" Milesa Davisa na pole position do tytułu albumu wszechczasów w całym jazzie.  Na obu gra John Coltrane a jego frazy wielu uznaje nie tylko za emanację miłości do Boga, ale wręcz jazzowy dowód na jego istnienie.

Do be do be do

No właśnie, a co wiekiem, który obrazują liczby 36524 i 1200? chodzi oczywiście o Franka Sinatrę. Wokalista wszechczasów, aktor, ikona mody i symbol Ameryki nie mniej kanoniczny jak cola czy Manhattan, przyszedł na świat 12 grudnia 1915 roku. A może Sinatra obok setek genialnych nagrań w tym kanonu standardów, to również najbarwniejsza postać showbiznesu? Jego życiorys obdzieliłby klika scenariuszy filmowych. I byłyby one bardzo od siebie treścią odległe, tak jak barwne było życie Sinatry. Marek Gaszyński wyliczył to w "Jazz Forum": przyjaźń z gangsterami, uzależnienie od mafii, romanse, kolejne śluby, aktorki przewijające się przez sypialnie mistrza, unikanie podatków, bójki, awantury, skłonność do whisky, estradowej swobodzie. Ale to wszystko niknie przy wokalnym kunszcie artysty. "New York, New York", "Strangers in the Night" (to z niego pochodzi legendarne "Do Be Do Be Do" zestawiane w dowcipach z "To be is to do" Sokratesa, "To do is to be" Jean-Paul Sartre'a i Shakespearowskim "To be or not to be"). No i wreszcie słynne "My way", interpretacja tak pomnikowa, że zaliczana do kanonu całej muzyki rozrywkowej. Sinatra, istna kopalnia tematów bez dna. Dla mnie to również prywatna anegdota. Kiedy wiele latach 90. miałem zaszczyt zagrać w zespole  Julio Iglesiasa, żona obrażona jakiś czas nie odzywała się do mnie, bo myślała, że gram z Enrique, dla wielu ikoną obciachu. Gdy wyjaśniliśmy sobie nieporozumienie, trafnie skwitował wszystko Milo Kurtis: - Julio Iglesias? Lepiej, to oznacza tylko Frank Sinatra, no tak ale z nim już nie zagrasz.

A co łączy dwa z wymienionych jubileuszy? Ot postać Sinatry na najnowszym, jubileuszowym wydaniu "Jazz Forum". Cóż, pamięć i tradycja są wartościami samoistnymi.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie



20:41, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 grudnia 2015
Jazz Juniors - Możemy spać spokojnie

mika

Szymon Mika - fot. Piotr Iwicki

Jeśli ktoś martwi się o przyszłość polskiego jazzu, swoistej wizytówki naszej muzyki na świecie, zapewniam, może spać spokojnie. Laureaci polskich konkursów, jak choćby niedawno zakończonego krakowskiego Jazz Juniors, to rękojmia tego, co Lepolod Tyrmand warszawską gwarą określał mianem: trzymania fasonu.

Już nawet nie sam fakt znakomitego poziomu laureatów trzech pierwszych miejsc 39. edycji konkursu ale to, że międzynarodowe jury (bez Polaków w składzie) w drodze pre-eliminacji, do grona uczestników konkursu (część koncertowa) zakwalifikowało Europejczyków, głownie naszych rodaków, mimo tego, że byli również uczestnicy z USA (decydencie nie wiedzieli skąd są kandydaci), świadczy o tym, że przestaliśmy być dodatkiem do wielkiej jazzowej polityki.

- Świetny poziom prezentacji, estradowa swoboda, intrygujący program i pełna gotowość do tego, aby choćby dzisiaj jechać w miesięczna trasę koncertową, to cechy wszystkich finalistów Jazz Juniors - powiedział "Codziennej" szef artystyczny festiwalu, znakomity pianista i jazzman, Paweł Kaczmarczyk. Postawiliśmy na to, aby nagroda Grand Prix części konkursowej Jazz Juniors, miała poważny ciężar. A było o co walczyć. To nagranie i wydanie płyty w wiodącej wytwórni europejskiej, 10 tysięcy złotych oraz zabukowane koncerty w kilku państwa (w tym w Chinach) no i świetny szyld laureatów, który otwiera drzwi jazzowych klubów - kwituje Kaczmarczyk.

salamon

Michał Salamon - fot. Piotr Iwicki

A kto zabłysnął w tym roku? Przyznam, że słuchanie laureatów konkursu w studiu koncertowym Radia Kraków, było wielką przyjemnością. To faktycznie gotowe - przepraszam za branżowy slang - produkty. Zespoły, które wszędzie podbiłyby serca słuchaczy. Szefowie wielkich festiwali czy klubów, podobnie jak właściciele jazzowych knajpek, które wyrastają u nas jak grzyby po deszczu, powinni już ustawiać się do nich w kolejce. Szanując werdykt jury (Indrė Jučaitė - Litwa, Ivan Blagojevic - Serbia, Tommy Caggiani - Hiszpania, Adam Huang - Chiny, György Wallner - Węgry), szczerze przyznam, że z trudem wybrałbym tego "naj" z grona trójki laureatów. Miałem zaszczyt wręczać z ramienia SAWP główną nagrodę, której współ donatorem jest właśnie Stowarzyszenia Artystów Wykonawców Polskich,  jednocześnie cieszyłem się, że nie musiałem wskazać tego, kto zgranie całą pulę. Dlaczego? Zarówno zwycięzca - kwintet Stanisława Słowińskiego, laureat II nagrody - Quindependence oraz stający na najniższym "pudle" podium Piotr Budniak i jego Essential Group, to równorzędne formacje. Każda z nich ma silne osobowości w składzie.

slowinski

Stanisław Słowiński - fot. Piotr Iwicki

Owszem, band Słowińskiego wygrywa spontanicznością oraz efektowną wiolinistyką lidera, słychać też, że to zgrana paczka. Wszak wiadomo, że zespół musi być jak gang: zawsze razem, na dobre i złe, w trudzie i w drodze ku sławie. Oni są takim gangiem, widać radość ze wspólnego grania. Ale ta spontaniczność i charyzma lidera (błyskotliwe i efektowne przebiegi niemal rodem z kaprysów Paganiniego), to świetna podbudowa techniki, jednak nie na szalonych wodospadach nut polega piękno jazzu. U lidera kwintetu zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu stonowane flażoletowe introdukcje i wyciszenia, tu był faktycznie słychać szlachectwo. Brawo! To co pokazał zespół to fundamenty, na których można dopiero zbudować jakość, która przejdzie do annałów jazzu. Dla mnie wszyscy laureaci, to troszkę objawienia - potwierdzenia siły osobowości, tak istotnej w jazzie.  Kimś takim są gitarzysta - Szymon Mika oraz jego szef - lider i perkusista, Piotr Budniak z Essential Group. To już spełnieni, rasowi jazzmani, można powiedzieć, że o tym co grają, wiedzą wszystko. Świadomość celu i doboru środki wyrazu, tę wiedzę tajemną zgłębili (dla mnie zdecydowanie najlepsi w gronie laureatów). Podobnie jak pianista Quindependence - Michał Salamon i jego kompan, saksofonista - Krzysztof Matejski. Oni świetnie wiedzą, że w jazzie cisza, umiejętność suspensu są tak samo ważne, jak wylewne frazy czy popisy wirtuozerii. Jak i to, że szlachectwo w jazie to umiejętność dialogu i słuchania innych. To budowanie rozmowy. Jazz w swej wolności i apoteozie emocji, przełożonych spontanicznie na dźwięki w zmysłowych improwizacjach,  nie znosi monologu i dennych krzykaczy. Ostatecznie i tak wszystko oceniają słuchacze brawami po improwizacjach. Tak jak tych, których wymieniłem, bo oni potrafili oczarować. Każdy na swój sposób. Inni musza jeszcze odrobinę popracować, poczynić szlif budowy dramaturgii solówek, intonacji czy zdać sobie sprawę, że cisza jest w muzyce równoprawna do dźwięku. No i niestety, jeszcze inni powinni zastanowić się, czy wchodzenie w roli laureata na scenę w dresie (to jeszcze można uznać za nonkonformizm) ale w brudnych śniegowcach, to muzyczne sacrum? Muzyka (w tym jazz), to estradowe misterium. Sztuka (nie mylić ze sztuką mięsa).

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie





22:54, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 listopada 2015
Mistrzowie nie rdzewieją - Jon Andreson & King Crimson

Mistrzowie nie rdzewieją - Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie

kc  and

Słynna formacja King Crimson oraz legendarny wokalista Yes - Jon Anderson, przypomnieli o swoim istnieniu. Każdy na swój sposób.

Do rąk fanów trafia właśnie kolejna seria wznowień z dorobku liczącej cztery dekady grupy King Crimson. Perłą, którą muzycznie oceniał już historia a technologicznie dopieścili z okazji jubileuszu Jakko Jakszyk i Robert Fripp, jest legendarny album "Thrak". Mozna śmiało stwierdzić, że dzięki wybornej pracy inżynierskiej, ten nagrany w należącym do Petera Gabriela studiu Real World album (rok nagrania 1994) zabrzmi nam teraz dostarczając nowych wrażeń. Jak to możliwe? Ot wspomniany tandem Jakszyk-Fripp ponownie zmiksował całość nie tylko w klasycznym stereo prosto z taśmy - matki, ale muzycy poszli dalej.  Dzięki temu, że album ze znamiennym podtytułem "King Crimson 40th Anniversary Series" składa się z dwóch płyty (klasyczne CD i DVD-audio), dostajemy istny wodospad akustycznych możliwość. Mamy nowy mix w przestrzennym formacie MLP Losless 5.1 Suround oraz DTS 5/1 Digital Sound. O co chodzi? Pierwszy to tzw. bezstratne ucyfrowienie i uprzestrzennienie dźwięku do pięciu niezależnych głośników (tak jak w kinie domowym) z dodatkowym podbijającym basy subwooferem. Ta wersja zadowoli audiofilów, bo bezstratny oznacza dopieszczenie brzmienia do możliwie najbliższego temu, co zespół słyszał w studiu (brak kompresji). Natomiast DTS 5.1 świetnie znamy z typowych filmów na DVD. Kolejne wersje brzmieniowe to nowy mix w stereo (znowu bezstratny i tradycyjny) i jak by tego było mało dla porównania wcześniejszy mix z 2002 roku, dokonany z okazji trzydziestolecia King Crimson (PCM stereo 2.0). To był świetnie dopieszczony album przed laty (premierę dopełniała światowa trasa koncertowa, zahaczająca też o Polskę) a dzisiaj "Thrak" posiada wszystkie cechy klasyka - jego ukazanie się było dla publiczności prawdziwym wyzwaniem, a jednak nadal brzmi ekscytująco. Dla wielu fanów to płyta nawiązująca artyzmem do najlepszych legendarnych studyjnych płyt King Crimson. I nie ma grama przesady w stwierdzeniu, ze ten zespół można w pełni docenić i zrozumieć dopiero wtedy, gdy potęgę "Thrak" słychać z wszystkich sześciu głośników! I co najważniejsze, to dodanie kolejnych wymiarów to efekt nie tylko zrobiony ku atrakcyjności i - co tu ukrywać, marketingowym wymogom, ale artystyczne, wizjonerskie rozłożenie muzyki i instrumentów w liczącej 360o otaczającej nas przestrzeni. nowa jakość! No i jeszcze ta informacja. We wrześniu 2016 roku King Crimson odwiedzi Polskę. Zagra 4 koncerty, po dwa w Zabrzu (17 i 18) i Wrocławiu (20 i 21).

Na innym biegunie atrakcyjności leży efekt połączenia sił mistrza stonowanego, melodyjnego prog-rocka Jona Andersona (eks-YES) i giganta jazzowej wiolinistyki, Jeana Luc Pontyego. Stworzony przez postacie ikoniczne album „Better Late Than Never”, to mieszanina nowych tematów z klasykami spod szyldu YES. Na płycie znalazły się nowe aranżacje klasycznych utworów „Owner Of A Lonely Heart”, „Roundabout” czy  „Wonderous Stories” jak i kompozycje Jean Luca Ponty'ego, z lirycznym wokalem Jona („Infinite Mirage” nowa piosenka, w której zawiera się klasyczny motyw francuskiego skrzypka - „Mirage”). Jedni padli na kolana zachwyceni świetnym brzmieniem i komunikatywnością tego grania, ale nie brak i takich, którzy wytykają brak nowatorstwa, nowej kreacji, stworzenia czegoś, czego dotąd nie było. Bo o ile na pewno jest to ponowne odczytanie starych hitów, chwilami nawet atrakcyjne, doprawione kilkoma premierami, to jednak trudno prorokować "perspektywę historyczności" albumu. Raczej nie podzieli on sukcesu wcześniejszego połączenia sił Anderson-Vangelis ale pozostanie jako konglomerat dobrego rockowego śpiewu podszytego tym, co charakterystyczne dla Ponty'ego - jazzrockiem. Tak czy inaczej, słucha się tego fajnie.

Piotr Iwicki

 



19:58, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2015
Jazz 2015

jam

11:39, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 listopada 2015
Zlot legend metalu

napalm-death

Napalm death - fot. Piotr Iwicki

Na czwartkowy wieczór spotkanie z gigantami ostrych brzmień wyznaczyli sobie fani legend rocka. W warszawskim klubie Progresja zagrały formacje z rockowej ekstraklasy, udowadniając słuszność rockowej maksymy, że toczących się kamieni mech nie porasta.

Warszawski koncert był jednym z dwóch polskich rozdziałów światowej trasy legend rocka - Deathcrusher Tour 2015. Dzień wcześniej dynamiczny show gościł w gdański klubie B90, gdzie podobnie jak ten warszawski, przyciągnął nadkomplet publiczności. Nic dziwnego, Napalm Death, Obituary i Voivod, podobnie jak otwierający całość Herod czy wisienka na rockowym torcie - liverpoolski Carcass, to ulubieńcy miłośników tej rockowej konwencji.

W tym gronie brytyjsko-amerykański Napalm Death, którego historia sięga roku 1981 czy kanadyjski heavy metalowy Voivod, to niemal "ojcowie założyciele" metalowych nurtów rocka. Mają tysiące fanów, którzy karnie stawiają się zawsze tam, gdzie muzycy - ich idole., na tle dynamicznych gitarowych riffów i perkusyjnego zgiełku wykrzykują swój bunt przeciw systemowi, faszyzmowi czy alienacji. Szczególnie wchodzący nierzadko w rejony hardcore punku Napalm Death, w krótkich formach odwoływał się do głównego nurtu i sztandarowego hasła punk rocka: Najpierw wykrzycz swój gniew a potem każda nutą i akordem go potwierdź. Co tu ukrywać, muzyka której słuchaliśmy w czwartkową noc kompletnie nie przystaje do radiowej papki sączącej się z mainstreamowych rozgłośni. Radykalność tego grania najlepiej uzmysławia to, że traktowana przez masmedia jako ostra i dynamiczna Metallica na tle gwiazd  Deathcrusher Tour 2015, to stonowany, wręcz delikatny zespół. Serio! Trójmiejsko- warszawski mini festiwal, kreowany przez fanów tej muzyki na jedno z wydarzeń roku, na pewno przejdzie do historii jako rewelacyjny koncerty amerykańskiego Obituary (wielu fanów przyjechało z daleka właśnie dla tej znakomitej formacji z Florydy). Jej frontman John Tardy wspierany przez znakomitego gitarzystę Trevora Peresa i świetnie panował nad emocjami dwutysięcznego tłumu. Okazało się jednak, że to co najlepsze było dopiero przed nami.

carcass

Carcass - fot. Piotr Iwicki

Świetnie oprawiony multimediami, znakomicie nagłośniony występ Carcass (niegdyś pionierzy nurtu goregrind) był kwintesencją metalowego grania "z górnej półki". Porywający, energetyczny udowodnił, że ostre rockowe brzmienia mają tak samo znakomitych, twórczych kontynuatorów ilu fanów. Świetnie, że zawitali do Polski.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie



20:31, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 listopada 2015
Ludzie - głosy

kszczoptek-fish

Fot: Grzegorz Kszczotek

Dwa wieczory w warszawskim klubie Progresja utwierdziły mnie w przekonaniu, że muzyka rockowa nie różni się zbytnio od grafiki czy malarstwa. W tych ostatnich liczy się kreska, pociągnięcie pędzla. W rocku liczy się znakomity głos, niepowtarzalna barwa.

Dowodem tego mogą być tłumy, które niemal szczelnie wypełniły warszawski klub, skutecznie i zasłużenie kreowany na najważniejszą scenę niezależną w Polsce. Jej szef Marek "Prezes" Laskowski otwiera drzwi dla wszystkich, którzy są w stanie zaproponować coś cenniejszego niż blichtr i mizdrzenie do publiczności. Stąd pod adresem Fort Wola 22 trafiają się nam wielkie artystyczne gratki. Nic dziwnego, że fani mówią kolokwialnie: tutaj "ciary" chodzą po plecach. Raz ostry rock, kiedy indziej brzmienia niezależne pod szyldem "indie". Średnia wieku szersza od konkursu chopinowskiego... Dziadkowie, synowie bądź córki, wnuki. Jak ostatnio.

José González to swoisty wyznacznik stylu. Stonowany i do bólu perfekcyjny. Dla szerokiej publiczności znany jako twórcą podkładu do rewelacyjnej reklamy telewizorów, gdzie jego barwa głosu i gitary towarzyszyła tysiącom spadających piłeczek. Gdy sedłem na jego popis, zadawałem sobie pytanie, czy "na żywo" jest równie perfekcyjny? I co? On jest lepszy! To stuprocentowe panowanie nad formą, instrumentacją (świetne połączenie perkusji i perkusjonaliów) barw gitary i głosu podpartych klobiowa elktornika wpisana w kulture dyskotek. Kompromis? Nic z tych rzeczy! González to pilot wiodący zespól w rejony klimatu, gdzie cisza, barwa i głos są równouprawnione. Bard? A może demiurg eterycznych bytów? Nie wiem. Poszedłem jak ktoś - biała karta. I wyszedłem zauroczony. Nie musi być głośno aby było dynamicznie. Nie musi być sprośnie aby było erotycznie tak samo, nie mówiąc o tym, że chwytliwie nie musi oznaczać uproszczenia formy. Nie jestem genealogiem czy znawcą jego sztuki. Odbierałem ją intuicyjnie, jak człowiek, który pierwszy raz wciska "play" na odtwarzaczu. Naszą emocjonalną "randką" była wspomniana reklama, zasłuchanie od pierwszego odtworzenia. Rzeczywistość, kilka płyt i ten koncert okazały, że to Mistrz. I tak González mnie kupił. Pokazał, że w każdej estetyce są jej mistrzowie. W klasyce: Beethoven, Mahler, Chopin, Mozart, Bach... On jest mistrzem tego niezależnego brzmienia stroniącego od sztampy, kilku nut na gitarze i ciepłego głosu.

Ale czy on jeden?

Oczywiście nie. Raptem trzy dni później w tym samym miejscu, zaśpiewał człowiek, który dla tysięcy fanów (a raczej setek tysięcy, pewnie milionów wychowanych na estetyce popularnej radiowej "Trójki") jest człowiekiem-głosem. Kiedyś, jakieś ćwierć wieku temu, pisząc recenzję z koncert Marillion w Sali Kongresowej już z nowym wokalistą (Steve Hogarth), który zastąpił kultowego Fisha, użyłem stwierdzenia bardzo prostolinijnego. Słuchając tej ikonicznej muzyki ("Lavender", "Keylight" i innych z wcześniejszych albumów Marillion) w wykonaniu nowego - mikrego, wręcz groteskowego przy niemal dwumetrowym szkockim ex-drwalu Fish'u, czułem się tak, jak pewnie czuje sie mąż zastający żonę w domowej sypialni  w objęciach intruza. Nic dziwnego. Moją sroga ocenę potwierdziły niedawne dźwięki w Progresji. Fish czyli Derek William Dick pokazał, że Marillion to On. Tym koncertem kończył własny estradowy rozdział wykonywania "live" legendarnej płyty nazywając znamiennie całą trasę koncertową „Farewell to Childhood”. Nic dziwnego, że możność słuchania całej płyty „Misplaced Childhood” z której pochodzącą „Kayleigh” i "Lavender", to dla wielu wspomnienie młodości, pierwszej miłości, tej platonicznej i nie tylko... Wspomnienie czasów PRL, szarości, buta WRON ale i tej kolorowej od licealnych protestów, Mszy za Polskę, doklejanych koron Orłom na szkolnych szyldach, młodości naznaczonej słuchaniem Kaczmarskiego w domach czy mazania na murach miast farbą, słusznych protestów i ciężkich jak kamień prawdy krzyków wolności "prosto w twarz": Jaruzelskiemu, Kiszczakowi czy Rakowskiemu. Marillion i Fish byli wówczas wyspą pozytywnych emocji, przesłaniem. Nadzieją: od "Forgotten Sons" czyli refleksji o konflikcie w Irlandii Północnej, przez "Market Square Heroes" po wspomniane hity z "Mistplaced ...". Mając 50 lat byłem na koncercie "w średnicy" wiekowej publiczności. Ale czemu się dziwić, skoro pewnie 50 procent widzów to (jak niżej podpisany) ci, którzy poznawali swoje obecne żony, przytulali je potajemnie na domowych prywatkach słuchając legendarnych hitów z tytularnego albumy tej pożegnalnej trasy!  Bo tym koncertem Fish żegnał się w Warszawie z "Mistplaced Childhood". Tak jak na koncertach w całej Europie. Ale...

- Napisz Piotr, że to pewna cezura, znak, że teraz tylko czeka nas nowe. Ale pewnie znowu gdzieś w bisach zabrzmi coś z tego krążka i innych z czasu Marillion - zdradził mi Fish zaraz po koncercie, chwilę po jego bardzo przyjacielskiej rozmowie z Piotrem Kaczkowskim  ("On jest dla mnie jak brat" powiedział GPC sącząc wino). Pracuję nad nową płytą. Najpierw przyjadę z krążkiem do radiowych rozgłośni a potem z moją muzyczną fabryką na koncerty. No i niech przestanie mnie boleć kręgosłup, bo przy 2 metrach wzrostu, to nie jest fajne - zaśmiał się Fish.

Cóż, gdy ktoś ma 57 lat, tańczy na scenie jak młodziak i śpiewa tak fantastycznie jak w Warszawie (rewelacyjne otwarcie "Pipeline", porywające "Family Busines", genialny set z całą zawartością krążka "Mistplaced Childhood" czy bisowe "Market Square Heroes" i pożegnania w rytm "Company") to trzeba liczyć się z - jak mówią rockersi - powolnym zużyciem organizmu.

fish222

Fot: Robert Grablewski

"Piotr, ale napisz, że to co wykrzyczałem na koniec koncertu, to stuprocentowa prawda" - skwitował naszą nocną rozmowę Fish.

A co wykrzyczał? "Thank You Warszawa! The Great F... Oudienc. Love!".  

W przyszłym roku Fish nagra ostatnią swoją płytę, a potem, jak zapowiedział, zakończy karierę estradową. Aa pewno tam będziemy. \

Dzisiaj w Progresji polski rozdział światowej trasy legend rocka - Deathcrusher Tour 2015. Zagrają ikony i protoplaści ostrych brzmień: Carcass, Napalm Death, Obituary i Voivod. Całość otworzy szwajcarski band Herod (g. 18:30). Ten koncert już fani metalu okrzyknęli jednym z wydarzeń roku. Nic dziwnego, to będzie ponad 6 godzin rockowego czadu! Też tam będziemy.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie



16:29, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
Archiwum