PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
RSS
wtorek, 27 marca 2018
Kasia Pietrzko - Forthright Stories

Kasia Pietrzko

10:19, jazz-gazeta
Link Komentarze (2) »
środa, 21 marca 2018
Posłuchajcie koniecznie!!!

KONCERT SEONG-JIN CHO ORAZ RAI SYMPHONY ORCHESTRA – WIDEOTRANSMISJA NA ANTENIE POLSKIEGO RADIA CHOPIN

W czwartek 22 marca cyfrowe Polskie Radio Chopin zaprasza na koncert koreańskiego wirtuoza Seong-Jin Cho – laureata I nagrody XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, który wystąpi z towarzyszeniem RAI Symphony Orchestra i pod dyrekcją młodego uzbeckiego dyrygenta Aziza Shokhakimova. Początek transmisji (audio i wideo) o godz. 20.15.

Występ obędzie się w Auditiorium Toscanini w Turynie, a przekaz na żywo udostępniony zostanie  przez EBU (European Broadcasting Union – Europejską Unię Nadawców) w ramach multimedialnej platformy 2see.

Jako solista wystąpi laureat I nagrody XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina (2015) – Seong-Jin Cho z Korei Południowej, któremu towarzyszyć będzie Narodowa Orkiestra Symfoniczna Włoskiego Radia i Telewizji (RAI Symphony Orchestra) pod dyrekcją Aziza Shokhakimowa (Uzbekistan).

Na program koncertu złożą się dwie kompozycje: III Koncert fortepianowy d-moll op. 30 Sergiusza Rachmaninowa oraz IV Symfonia f-moll op. 36 Piotra Czajkowskiego.

Początek transmisji o godz. 20.15.

24-godzinne Polskie Radio Chopin dostępne jest w cyfrowym nadawaniu naziemnym w technologii DAB+ oraz w Internecie pod adresem chopin.polskieradio.pl. Użytkownicy urządzeń mobilnych znajdą je również w aplikacji Polskiego Radia.



16:15, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 marca 2018
Przyjedzie Lizz Wright

Jest piękna, zmysłowa, obdarzona niezwykłym, matowym głosem i nikt w taki sposób, jak ona, nie potrafił połączyć jazzu, muzyki gospel i spirituals z bluesem z Delty Missisipi. Światowej sławy wokalistka Lizz Wright zaśpiewa 3 kwietnia w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, a 4 kwietnia w ICE Kraków. Amerykańska diwa wystąpi w ramach cyklu Jazz Chilli Days organizowanego przez ChilliZet.

Podczas koncertów towarzyszyć jej będą: Chris Bruce na gitarze, Bobby Sparks na instrumentach klawiszowych, Ben Zwerin na basie i Ivan Edwards na perkusji.

 Lizz Wright pochodzi z małego miasteczka Hahira w Georgii. Pieśni gospel i spirituals towarzyszyły jej od dziecka. Pod okiem ojca-pastora uczyła się czarnej tradycji Południa. Już jako dziewczynka śpiewała w kościele, akompaniując sobie na pianinie. To wtedy zainteresowała się bluesem i jazzem. Kiedy rozpoczęła studia wokalne na Georgia State University, poznała r’n’b, rock i pop. Z połączenia wszystkich gatunków Lizz stworzyła swój własny język muzyczny, będący połączeniem oryginalności i kobiecości, uderzający do głowy, jak gorące i wilgotne powietrze nad Deltą Missisipi.

 

Na swoją patronkę wybrała Billy Holiday, pamięci której poświęcona była jej pierwsza trasa koncertowa w 2002 roku, wielką postaci światowego jazzu, wokalistkę, która jak żadna inna potrafiła wyśpiewać swoją duszę, artystki zmagającej się z dyskryminacją Afroamerykanów.

Lizz podobnie jak Billie, współpracowała z wielkimi jazzmanami – na swoich pierwszych płytach „Salt” (2003 r.) i „Dreaming Wide Awake” (2005) wspierali ją m.in. saksofonista Chris Potter, pianista Danilo Perez, gitarzysta Bill Frisell, czy perkusista Brian Blade. Na płycie „The Orchard” skręciła w stronę r’n’b, choć zrobiła to w charakterystyczny dla siebie sposób. Mimo tego, że znalazł się na niej cover kompozycji Tiny & Ike’a Turnerów, a nawet Thank You z repertuaru Led Zeppelin, to muzyce bliżej do prawdziwego bluesa śpiewanego przez młodą, ale niezwykle dojrzałą, artystkę.

Na kolejnych płytach powracała do swojej przeszłości z amerykańskiego południa. Interpretowała tradycyjne pieśni gospel i spirituals, dodawała do tego szczyptę jazzu, bluesa, folku i rhythm and bluesowego szaleństwa.

 

Do Polski przyjeżdża z repertuarem z najnowszego krążka „Grace” (2017), na którym znalazły się utwory zaczerpnięte z bogatego śpiewnika gospel i nowoorleańskiego bluesa, kompozycja Raya Charlesa What Would I Do Without You, czy standard Stars Fell on Alabama. Publiczność we Wrocławiu i Krakowie z pewnością usłyszy również najbardziej znane przeboje, takie jak Salt, czy Hit The Ground.

lizz 

 

Lizz Wright

3 kwietnia 2018

Narodowe Forum Muzyki

pl. Wolności 1, Wrocław

 

4 kwietnia 2018
Centrum Kongresowe ICE

Ul. Marii Konopnickiej 17, Kraków



16:17, jazz-gazeta
Link Komentarze (1) »
Nula Stankiewicz - Byle nie o miłości

W czasach zalewu marności fonograficznej, odwołującej się do schedy po Agnieszce Osieckiej, płyt które niejednokrotnie, nigdy nie powinny się ukazać (choćby z szacunku dla nieżyjącej autorki tekstów), trafiają się perełki jak ta. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Nulę Stankiewicz (prywatnie żona naszego giganta gitary, Janusza Strobla) i jej wizję klasyki piosneki, w którą teksty Osieckiej są wpisane, zachwyciłem się. Liczyłem, że kiedyś ukaże się ta płyta. I jest. 15 piosenek, wiele wywijających klasykę jak kota ogonem, to rarytas nie tylko dla tych, którzy wiedzą, że nazwiska wykonawców albumu, to swoisty znak jakości, zaproszenie do posłuchania. A grają obok autorki krążka: Janusz Strobel – gitara klasyczna, aranżacje; Włodzimierz Nahorny – fortepian; Paweł Pańta – kontrabas; Cezary Konrad – perkusja oraz niespokojny duch saksofonów, czarodziej klimatów klarnetu i fletu - Mariusz „Fazi” Mielczarek. Jest tu swingujące „Byle nie o miłości”, jest zagrana na finał przepiękna interpretacja komedowskiego „Ja nie chcę spać” jest też „Na strychu w Łomiankach” i „Pytam zimowych gwiazd” (unikat!), których od strony kompozycji twórcą jest grający tutaj Nahrony. I jest moja ulubiona i chyba najdziwniejsza z dotąd słyszanych wersja piosenki „Oczy tej małej”. Jest w tym szaleństwo w początkowej melodeklamacji, potok słów jakby z monologu kobiety opętanej, są łzy wylewane przez „Faziego” na klarnecie altowym i to „coś” ulotne, co kryje ta właśnie piosenka. Słynna „Małgośka” staje się tutaj raz nostlagiczną balladą aby za chwilę wskoczyć w rejony podszytego funky swingu. Prawda, że brzmi to intrygująco? Reasumują: brawo!

Piotr Iwicki

stan



16:13, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
Leszek Możdzer - Earth Particles

moz

Album "Earth Particles” Leszka Możdżera, to krążek tyle samo intrygujący co  chwilami szokujący. O to polski wirtuoz fortepianu przestroił instrument do poziomu, w jakim grywali mistrzowie późnego Baroku (a=432) i wraz z wyborną orkiestrą specjalizującą się w podbudowanym wiedzą historyczną, interpretowaniu muzyki klasycznej, nagrał 10 miniatur. O idei projektu, wspólnocie muzykowani  najlepiej opowiada sam lider:

- Oto nagle znalazłem się wśród ludzi bardzo podobnych do mnie. Ludzi, którzy szczerze szukają piękna i prawdziwie kochają muzykę. Podczas prób okazało się, że każdy dźwięk ma znaczenie, każda kolejna sekunda kompozycji odsłaniała się przed nami powodując wybuchy naturalnej radości. Dyskutowaliśmy nad każdym fragmentem, by potem i tak wykonać go zupełnie inaczej niż się umówiliśmy. Pramagia muzyki podpowiadała nam kolejne rozwiązania tak sugestywnie, że nawet dyskusje przestały nam być potrzebne. Po prostu graliśmy i uśmiechaliśmy się, uśmiechaliśmy się i graliśmy jeszcze raz. Nurt muzyki porywał nas, pomysły pojawiały się nagle, ale w sposób oczywisty, a radość stawała się integralną częścią kompozycji – zdradza Możdżer.

Kto zna muzyczne wycieczki Możdżera do świata muzyki poważnej, ten wie, że dla wieloletniego filara legendarnej formacji Miłość, nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy mu postawić książkę telefoniczną a wyimprowizuje nam na jej temat, piękne dźwiękowe światy. Jak dodamy do niej drugą, będzie symfonia albo koncert na fortepian. Stąd raz jest tutaj coś z klimatów Michaela Nymana („Invocation”) kiedy indziej mamy utrzymane w duchu Orientu zabawy z rytmem i melodyką („Sashwatha”). Gdy trzeba, Możdżer preparuje swój instrument, czyniąc zeń hybrydę fortepianu i perkusji, kiedy indziej włącza syntezatory. Delikatnie, gdzieś w odległym tle. Ale Możdżer to również artysta o dużym poczuciu humoru i pomysłowości, czego dowodem jest finałowe „Mozart Kugel”. O co chodzi? Nie zdradzam. Krótko mówiąc: po płytę marsz.

Piotr Iwicki



16:11, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 marca 2018
Melody Gardot - Live in Europe

gar2018

Jeśli ktoś zakochał się od pierwszego zasłuchania w płytach Cassandry Wilson, a w szczególności w jej genialnym krążku „New Moon Daughter”, ten odnajdzie radość w słuchaniu nowego, koncertowego krążka Melody Gardot „Live In Europe”. Genialny balans między jazzem, balladą w konwencji indie, zabawa konwencją i brzmieniem, a wszystko ku chwale różnorodności brzmienia i klimatu. Kiedy miała 18 lat (2003), mało nie zginęła w wypadku. Jadąc na rowerze została potrącona, do dzisiaj ma problemy z kręgosłupem. Jak mówi, jej życie rozgrywa się między muzyką z jej intymnością a bólem (ciągłe problemy z kręgosłupem). I być może to sprawia, że ta muzyka jest tak intymna jak zdjęcie, które zdobi okładkę albumu. Okładka jest prawdopodobnie metaforą tego, co czuje Gardot, gdy wchodzi na scenę: odsłonięta, naga, bezbronna. Obnażająca swoje serce, wrażliwość i duszę publicznie, oddając to co śpiewa pod osąd. To 17 piosenek, a może raczej songów zarejestrowanych  na przestrzeni 4 lat (2012-2016) w czasie koncertów. Było ich około 300 w tym czasie, i przyznam, dawno tak kameralna muzyka, z genialnym wykorzystaniem wiolonczeli w zespole (Stephan Braun) nie wzruszyła mnie, nie dotknęła najdelikatniejszej struny. To faktycznie intymne muzykowanie. Gardot wydała dotąd dwa małe krążki tzw. EP-ki koncertowe (“Live In Soho” – 2009, oraz  „Live In Paris” - 2010), co sprawia, że  „Live in Europe” to pierwsze pełnowymiarowe, w dodatku dwupłytowe  dzieło (jest jego trzypłytowy klon na płytach winylowych). Album ma specjalna edycję na polski rynek, co oznacza de facto, że zachowano rozsądek z określeniem jej ceny przy zachowaniu jej oryginalnej zawartości. Babka Gardot była Polką. To zaprocentowało niemal 10 lat temu zabawną sytuacją, kiedy to artystka będąc gościem Piotra Barona w radiowej Trójce powiedziała na antenie: bo ci dam po dupie. Co do zdjęcia na okładce i tego kto obnaża na nim cztery litery, serwisy informacyjne i agencje prasowe milczą. A sama Melody odwiedzi Polskę w tym roku przynajmniej dwukrotnie. 6 lipca zaśpiewa w Wadowicach trzy tygodnie później w  Gdyni.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie 2018

15:47, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 marca 2018
Fortepian to moja orkiestra - Piotr Iwicki rozmawia z Adamem Makowiczem - Gazeta Polska Codziennie 17/03/2018

A-MakPo blisko czterdziestu latach, nowy, polski album wydał Adam Makowicz, jeden z czołowych solowych pianistów światowego jazzu. Dzielący czas między Polskę a Nowy Jork wirtuoz fortepianu, opowiedział „Codziennej” o tym, co sprawia, że stroni od hałasu i gry z perkusją.

Adam Makowicz to bezwzględnie legenda naszego jazzu, jeden z nielicznych mistrzów swingowania, który odniósł sukces za Atlantykiem. Grał z całą czołówką polskiego jazzu, współtworząc jego oblicze wraz z Tomaszem Stańką, Andrzejem Kurylewiczem, Zbigniewem Namysłowskim i Michałem Urbaniakiem. To on zasiadł przy fortepianie towarzysząc takim ikonom jazzu jak Sarah Vaughan, Earl Hines, Teddy Wilson, George Shearing, Marian McPartland, Benny Goodman, Herbie Hancock, Phil Woods, Freddie Hubbard, George Mraz, Al Foster, Jack DeJohnette czy Charlie Haden. Grał zarówno na jazzowych festiwalach, klubach jak i w słynnej Carneggie Hall. O tym, że właśnie ukazał się jego solowy album zrządził przypadek. Ot, ponad rok temu, niżej podpisany po krótkim występie artysty w studiu im Agnieszki Osieckiej, zadał pytanie: a może nagrałby Pan i wydał coś w Polsce? Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Jesienią pianista zagrał w studiu koncertowym im. Witolda Lutosławskiego. Płyta właśnie trafia do rak melomanów. Na krążku :swinguing Ivories” obok autorskich kompozycji solisty, znajdują się standardy Duke’a Ellingtona i George’a Gershwina.

Długo kazała Pan czekać na solowy album, w ogóle, na nową płytę.

To nie wszystko zależy ode mnie, to skomplikowane rzeczy, ale w tym wypadku to była Pana propozycja, wówczas dyrektora Agencji Muzycznej Polskiego Radia, a ja wiedziałem, że w studiu koncertowym Polskiego Radia dostanę bardzo wysokiej jakości fortepian, zaś nagrywać to będą znakomicie reżyserzy dźwięku. Tacy, którzy potrafią nagrywać muzykę akustyczną. A to jest ważne, bo dzisiaj częściej nagrywa się muzykę rockową, stąd nie łatwo znaleźć fachowców od muzyki takiej jak moja. Fakt, od ponad trzydziestu lat, to jest moja pierwsza płyta nagrana w Polsce, i jest to efekt pracy wspaniałej ekipy.

Solowy album, to dla wielu pianistów wyzwanie, a ja osobiście uważam, że pianistyka solowa to Pana świat estetyczny i wykonawczy.

Fortepian to moja orkiestra. Mam dziesięć palców, to moich dziesięciu muzyków, ale trzeba było dojrzeć, aby umieć ich kontrolować. Fortepian po organach jest drugim instrumentem, takim kompletnym, na którym można tworzyć muzykę. Osobiście zawsze bardziej pojmowałem fortepian jako instrument solowy a nie w sekcji rytmicznej, i on do tego jest stworzony. Tak jak organy, i nie ma co ukrywać tej prawdy. Całe moje życie to było poszukiwanie tego dźwięku, i – mam nadzieję - efekt tego poszukiwania udało mi się przekazać na tej płycie.

A Pan osobiście, stawia granie solowe nad z sekcja rytmiczną bądź vice versa…

Oczywiście, ja chcę kontrolować wszystkie elementy muzyczne. Grając z innymi muzykami, dzielimy się muzyką, musimy być elastyczni. To inny sposób gry. Moje umiejętności grania z sekcją rytmiczną nie są wielkie. Tylko kilka płyt w życiu nagrałem z sekcjami rytmicznymi, ale to byli najlepsi muzycy, tam w Stanach. Natomiast ja czegoś się od nich nauczyłem. I dziękuje im za to. Ale ja poświęciłem się grze solowej i traktuję to jako posłannictwo, bo całe życie temu podporządkowałem. I dalej będę poświęcać.

Skąd taki dobór repertuaru?

Dostosowuję materiał i repertuar do tego jak się czuję. Jest wiele pięknych melodii, ale nie do wszystkich jestem nastrojony psychicznie w danej chwili. W zasadzie do ostatniego momentu dobieram program.

Jak z perspektywy Nowego Jorku ocenia Pan kondycję polskiego jazzu?

Szkoda, że mam tak mało okazji do słuchania nowych polskich płyt. Wiem, że wychodzi ich bardzo dużo. Bywa, że słyszę urywki, często nie wiem kto gra. Bo w radiu zazwyczaj mówią, na początku a potem już nie. Jest wiele muzyki wychodzącej gdzieś z muzyki klasycznej i potem improwizowanej. Ale to jest bardziej oparte na rytmach rockowych, jest w tym też rap, i to co słyszałem, było bardzo ciekawe i brzmiało przyzwoicie. Natomiast w radiu, gdy słucham, mogę sobie dostosować głośność. Na koncertach wszystko jest grane za głośno, na koncert bym nie poszedł. A ja szanuję już swój słucha. Na koncertach to wszystko jest nieludzko głośne. Ale abstrahując od tego, to co słyszałem, to jest dobre. Ostatnio słyszałem nową płytę Michała (Urbaniaka, przyp. autora), on wziął rapowca, Amerykanina, i on slangiem ale takim stonowanym, bardzo przyjemnym głosem, razem robią taki minimalizm muzyczny. Bardzo dobrze to jest zrobione. Michał ma dobre kompozycje,  no ale Michał był w Stanach, Michał jest światowcem.

No właśnie, to Michał Urbaniak, kiedyś w dosyć swobodnej rozmowie stwierdził, że aby odnieść sukces to talent najlepiej poprzeć wyjazdem do NYC, najlepiej paląc wszelkie mosty za sobą w Polsce. Ot, działać z determinacją.

Wyjazd dla muzyka jazzowego do Ameryki uznaję za konieczność. Podobnie jak granie z muzykami lepszymi od siebie a przynajmniej muzykami nowojorskimi czy w Chicago, to jest konieczne dla Europejczyka. Ale czy trzeba palić mosty? To trochę jak zapomnieć o swojej przeszłości. Skandynawowie pamiętają i grają taki swój skandynawski  chłodny jazz. My mamy swój, w ogóle swoją cieplejszą muzykę, przede wszystkim Chopina, Romantyzm. Wyrzucić to z siebie to tak jak wyrzucić brylanty duszy, które nosimy w sobie. I co zacząć śpiewać bluesa, który jest nam kompletnie obcy? Budowanie przyszłości polega na odniesieni do przeszłości.

Bardziej chodziło o bycie tam, a nie wyzbycie własnych korzeni.

W kontekście konieczności kontaktu z nowojorską sceną, w tym kontekście spalenie mostów i pojechanie do Ameryka, wejście w ten wir, to tak jak mówiłem, Europejczykowi jest niezbędne.

Odnoszę wrażenie, że solowa pianistyka jazzowa jest aktualnie w odwrocie. Czy to pewien brak chwilowej mody czy zwyczajnie ci najwięksi już powiedzieli swoje ostatnio słowo w tym temacie, a młodzi czują respekt?

Ja nie rozmawiałbym w takich kategoriach. Dzisiaj wielu muzyków, pianistów gra muzykę klasyczną. Wynton Marsalis tak robi, odwołując się do muzyki nowoorleańskiej, z orkiestrą w  Lincoln Center grają muzykę, którą grano w latach tysiąc dziewięćsetnych czterdziesty minionego wieku. Kid Ory, Louis Armstrong, Wynton przyznaje, że on jest zasłuchany w Armstronga. Dla innych nowoczesny jest Miles Davis, prawdziwy ewenement w historii, dla mnie też. A teraz jest Herbie Hancock. On kontynuuje muzykę Milesa Davisa z tym charakterystycznym oddechem. W Europie tego oddechu nie czuć. Miles mówił, że muzyka powstaje z ciszy, a ja hałasu mamy dosyć wokół. Niby muzyka odzwierciedla życie, ale ja nie chcę w niej młota pneumatycznego. Jak chcę, to sobie pójdę na ulicę i posłucham. Muzyka to nie agresja hałasu, ja chcę w muzyce właśnie czegoś odwrotnego, co załagodzi mi tę agresję. Moje posłannictwo, to dawać w muzyce łagodność. I właśnie na tym tle muzyka Michała idzie w dobrym kierunku, bo choć hip hop to nie jest moja muzyka, to słychać, że jedni robią to dobrze a inni źle. Michał robi to dobrze. Potrafi wszystko przekazać, choć slang rapera, taki więzienny, to ja tego nie rozumiem. Młodzi ogólnie mówią półsłówkami. Ale wiem, język się zmienia tak jak muzyka się zmienia. Muzycy w zagonionym hałaśliwym świecie muszą dać trochę spokoju w muzyce. To posłannictwo artystów. Nie tylko muzyków , ale i malarzy. Kolor też może budzić agresję. Twórzmy budząc pozytywne wibracje.

Które swoje dokonanie uważa Pan z perspektywy z najważniejsze?

Ostatnia, najnowsza płyta to dla mnie bardzo ważna płyta. Ona jest najważniejsza. Udało mi się stworzyć pewien styl i brzmienie, którym pianiści dzisiaj nie grają. Uzyskałem dźwięk na fortepianie, którego szukałem, a powinienem znaleźć 20 lat temu. Ale lepiej późno niż nigdy. Tu jest spokój, łagodność, pozytywny przekaz. Wiem, że mam technikę, która umożliwia mi przekazanie tego co chcę i tu się udało. Prawie wszystko się udało, ale jeszcze coś zostają na kolejne nagrania (śmiech). Artysta się kończy, kiedy nie ma już nic do powiedzenia.

Czy coś zmieniłby Pan na drodze kariery, gdyby mógł Pan cofnąć czas?

Powinienem 20 lat wcześniej pojechać do Stanów. Szybciej zyskałbym świadomość tej muzyki, świadomość improwizacji i pojąłbym 20 lat wcześniej sztukę improwizacji.

Każdy artysta-twórca ma swój obraz odbiorcy: widza, słuchacza, czytelnika. Kto jest odbiorcą muzyki Adama Makowicza?

Myślę, że ludzie w średnim i późniejszym wieku, choć młodzi też już zaczynają chodzić na moje koncerty. To ludzie, którzy potrzebują tej wibracji, pięknych dźwięków fortepianowych, cenią barwę i dźwięk fortepianu. To są osoby, które cenią fortepian zarówno w muzyce klasycznej, a nie lubią w muzyce hałasu,. Zwłaszcza perkusji. Na fortepianie można zagrać wszystko: rytm, harmonię, melodię. Tu wszystko jest. Gdy to wszystko się zmieści, to jest to muzyka kompletna. Gdy wiesz jak to robić, to ludzie chcą tego słuchać. Ja na przykład, z perkusją nie chcę grać, bo dźwięki talerzy zabijają pewne częstotliwości fortepianu. To zmusza do głośniejszej gry na fortepianie, to z kolei zabija jego brzmienie. Fortepian najlepiej brzmi w piano, kiedy gramy lekko. Gdy w niego się wali, brzmi inaczej. Dźwięk jest szorstki. Bez dynamiki muzyka traci wartość. Perkusista musi grać, bardzo delikatnie. Ja lubiłem Ala Fostera, kiedy musiałem grać z perkusją. A na scenie dodają do tego jeszcze 5 mikrofonów, i fortepian ledwo słychać. Masz instrument za 150 tysięcy dolarów, doskonalono go 200 lat a potem nie słychać go przez perkusję. To absurd.

Jakie koncertowe plany?

Trochę koncertów w Stanach Zjednoczonych, będą też takie w klubach. Ostatnio znikają jazzowe kluby na Manhattanie, już jest tylko kilka. Kluby padają bo wygrywa biznes. Ceny na Manhattanie są gigantyczne, klubom podnoszono opłaty i upadały. Zostały dwa czy trzy, do których chodzą turyści z Japonii i Chin. Oni płacą po 150 dolarów za bilet i słuchają. Małe kluby, w których ja grywałem i Michał, ich już nie ma. Ale Manhattan to energia, jak tutaj dasz sobie radę, to w całych Stanach już bez problemu sobie poradzisz. I w świecie. Bo to jest tak, że jak grasz i jesteś z Nowego Jorku, to znaczy, że dajesz sobie radę. Coś znaczysz. Tak ciebie odbierają też w innych miejscach. Jesteś z Nowego Jorku, i niestety wszystko inne jest drugorzędne. Jesteś coś wart, jeśli stać cię na mieszkanie na Manhattanie.

12:47, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
Archiwum