PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
RSS
sobota, 28 listopada 2015
Mistrzowie nie rdzewieją - Jon Andreson & King Crimson

Mistrzowie nie rdzewieją - Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie

kc  and

Słynna formacja King Crimson oraz legendarny wokalista Yes - Jon Anderson, przypomnieli o swoim istnieniu. Każdy na swój sposób.

Do rąk fanów trafia właśnie kolejna seria wznowień z dorobku liczącej cztery dekady grupy King Crimson. Perłą, którą muzycznie oceniał już historia a technologicznie dopieścili z okazji jubileuszu Jakko Jakszyk i Robert Fripp, jest legendarny album "Thrak". Mozna śmiało stwierdzić, że dzięki wybornej pracy inżynierskiej, ten nagrany w należącym do Petera Gabriela studiu Real World album (rok nagrania 1994) zabrzmi nam teraz dostarczając nowych wrażeń. Jak to możliwe? Ot wspomniany tandem Jakszyk-Fripp ponownie zmiksował całość nie tylko w klasycznym stereo prosto z taśmy - matki, ale muzycy poszli dalej.  Dzięki temu, że album ze znamiennym podtytułem "King Crimson 40th Anniversary Series" składa się z dwóch płyty (klasyczne CD i DVD-audio), dostajemy istny wodospad akustycznych możliwość. Mamy nowy mix w przestrzennym formacie MLP Losless 5.1 Suround oraz DTS 5/1 Digital Sound. O co chodzi? Pierwszy to tzw. bezstratne ucyfrowienie i uprzestrzennienie dźwięku do pięciu niezależnych głośników (tak jak w kinie domowym) z dodatkowym podbijającym basy subwooferem. Ta wersja zadowoli audiofilów, bo bezstratny oznacza dopieszczenie brzmienia do możliwie najbliższego temu, co zespół słyszał w studiu (brak kompresji). Natomiast DTS 5.1 świetnie znamy z typowych filmów na DVD. Kolejne wersje brzmieniowe to nowy mix w stereo (znowu bezstratny i tradycyjny) i jak by tego było mało dla porównania wcześniejszy mix z 2002 roku, dokonany z okazji trzydziestolecia King Crimson (PCM stereo 2.0). To był świetnie dopieszczony album przed laty (premierę dopełniała światowa trasa koncertowa, zahaczająca też o Polskę) a dzisiaj "Thrak" posiada wszystkie cechy klasyka - jego ukazanie się było dla publiczności prawdziwym wyzwaniem, a jednak nadal brzmi ekscytująco. Dla wielu fanów to płyta nawiązująca artyzmem do najlepszych legendarnych studyjnych płyt King Crimson. I nie ma grama przesady w stwierdzeniu, ze ten zespół można w pełni docenić i zrozumieć dopiero wtedy, gdy potęgę "Thrak" słychać z wszystkich sześciu głośników! I co najważniejsze, to dodanie kolejnych wymiarów to efekt nie tylko zrobiony ku atrakcyjności i - co tu ukrywać, marketingowym wymogom, ale artystyczne, wizjonerskie rozłożenie muzyki i instrumentów w liczącej 360o otaczającej nas przestrzeni. nowa jakość! No i jeszcze ta informacja. We wrześniu 2016 roku King Crimson odwiedzi Polskę. Zagra 4 koncerty, po dwa w Zabrzu (17 i 18) i Wrocławiu (20 i 21).

Na innym biegunie atrakcyjności leży efekt połączenia sił mistrza stonowanego, melodyjnego prog-rocka Jona Andersona (eks-YES) i giganta jazzowej wiolinistyki, Jeana Luc Pontyego. Stworzony przez postacie ikoniczne album „Better Late Than Never”, to mieszanina nowych tematów z klasykami spod szyldu YES. Na płycie znalazły się nowe aranżacje klasycznych utworów „Owner Of A Lonely Heart”, „Roundabout” czy  „Wonderous Stories” jak i kompozycje Jean Luca Ponty'ego, z lirycznym wokalem Jona („Infinite Mirage” nowa piosenka, w której zawiera się klasyczny motyw francuskiego skrzypka - „Mirage”). Jedni padli na kolana zachwyceni świetnym brzmieniem i komunikatywnością tego grania, ale nie brak i takich, którzy wytykają brak nowatorstwa, nowej kreacji, stworzenia czegoś, czego dotąd nie było. Bo o ile na pewno jest to ponowne odczytanie starych hitów, chwilami nawet atrakcyjne, doprawione kilkoma premierami, to jednak trudno prorokować "perspektywę historyczności" albumu. Raczej nie podzieli on sukcesu wcześniejszego połączenia sił Anderson-Vangelis ale pozostanie jako konglomerat dobrego rockowego śpiewu podszytego tym, co charakterystyczne dla Ponty'ego - jazzrockiem. Tak czy inaczej, słucha się tego fajnie.

Piotr Iwicki

 



19:58, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2015
Jazz 2015

jam

11:39, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 listopada 2015
Zlot legend metalu

napalm-death

Napalm death - fot. Piotr Iwicki

Na czwartkowy wieczór spotkanie z gigantami ostrych brzmień wyznaczyli sobie fani legend rocka. W warszawskim klubie Progresja zagrały formacje z rockowej ekstraklasy, udowadniając słuszność rockowej maksymy, że toczących się kamieni mech nie porasta.

Warszawski koncert był jednym z dwóch polskich rozdziałów światowej trasy legend rocka - Deathcrusher Tour 2015. Dzień wcześniej dynamiczny show gościł w gdański klubie B90, gdzie podobnie jak ten warszawski, przyciągnął nadkomplet publiczności. Nic dziwnego, Napalm Death, Obituary i Voivod, podobnie jak otwierający całość Herod czy wisienka na rockowym torcie - liverpoolski Carcass, to ulubieńcy miłośników tej rockowej konwencji.

W tym gronie brytyjsko-amerykański Napalm Death, którego historia sięga roku 1981 czy kanadyjski heavy metalowy Voivod, to niemal "ojcowie założyciele" metalowych nurtów rocka. Mają tysiące fanów, którzy karnie stawiają się zawsze tam, gdzie muzycy - ich idole., na tle dynamicznych gitarowych riffów i perkusyjnego zgiełku wykrzykują swój bunt przeciw systemowi, faszyzmowi czy alienacji. Szczególnie wchodzący nierzadko w rejony hardcore punku Napalm Death, w krótkich formach odwoływał się do głównego nurtu i sztandarowego hasła punk rocka: Najpierw wykrzycz swój gniew a potem każda nutą i akordem go potwierdź. Co tu ukrywać, muzyka której słuchaliśmy w czwartkową noc kompletnie nie przystaje do radiowej papki sączącej się z mainstreamowych rozgłośni. Radykalność tego grania najlepiej uzmysławia to, że traktowana przez masmedia jako ostra i dynamiczna Metallica na tle gwiazd  Deathcrusher Tour 2015, to stonowany, wręcz delikatny zespół. Serio! Trójmiejsko- warszawski mini festiwal, kreowany przez fanów tej muzyki na jedno z wydarzeń roku, na pewno przejdzie do historii jako rewelacyjny koncerty amerykańskiego Obituary (wielu fanów przyjechało z daleka właśnie dla tej znakomitej formacji z Florydy). Jej frontman John Tardy wspierany przez znakomitego gitarzystę Trevora Peresa i świetnie panował nad emocjami dwutysięcznego tłumu. Okazało się jednak, że to co najlepsze było dopiero przed nami.

carcass

Carcass - fot. Piotr Iwicki

Świetnie oprawiony multimediami, znakomicie nagłośniony występ Carcass (niegdyś pionierzy nurtu goregrind) był kwintesencją metalowego grania "z górnej półki". Porywający, energetyczny udowodnił, że ostre rockowe brzmienia mają tak samo znakomitych, twórczych kontynuatorów ilu fanów. Świetnie, że zawitali do Polski.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie



20:31, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 listopada 2015
Ludzie - głosy

kszczoptek-fish

Fot: Grzegorz Kszczotek

Dwa wieczory w warszawskim klubie Progresja utwierdziły mnie w przekonaniu, że muzyka rockowa nie różni się zbytnio od grafiki czy malarstwa. W tych ostatnich liczy się kreska, pociągnięcie pędzla. W rocku liczy się znakomity głos, niepowtarzalna barwa.

Dowodem tego mogą być tłumy, które niemal szczelnie wypełniły warszawski klub, skutecznie i zasłużenie kreowany na najważniejszą scenę niezależną w Polsce. Jej szef Marek "Prezes" Laskowski otwiera drzwi dla wszystkich, którzy są w stanie zaproponować coś cenniejszego niż blichtr i mizdrzenie do publiczności. Stąd pod adresem Fort Wola 22 trafiają się nam wielkie artystyczne gratki. Nic dziwnego, że fani mówią kolokwialnie: tutaj "ciary" chodzą po plecach. Raz ostry rock, kiedy indziej brzmienia niezależne pod szyldem "indie". Średnia wieku szersza od konkursu chopinowskiego... Dziadkowie, synowie bądź córki, wnuki. Jak ostatnio.

José González to swoisty wyznacznik stylu. Stonowany i do bólu perfekcyjny. Dla szerokiej publiczności znany jako twórcą podkładu do rewelacyjnej reklamy telewizorów, gdzie jego barwa głosu i gitary towarzyszyła tysiącom spadających piłeczek. Gdy sedłem na jego popis, zadawałem sobie pytanie, czy "na żywo" jest równie perfekcyjny? I co? On jest lepszy! To stuprocentowe panowanie nad formą, instrumentacją (świetne połączenie perkusji i perkusjonaliów) barw gitary i głosu podpartych klobiowa elktornika wpisana w kulture dyskotek. Kompromis? Nic z tych rzeczy! González to pilot wiodący zespól w rejony klimatu, gdzie cisza, barwa i głos są równouprawnione. Bard? A może demiurg eterycznych bytów? Nie wiem. Poszedłem jak ktoś - biała karta. I wyszedłem zauroczony. Nie musi być głośno aby było dynamicznie. Nie musi być sprośnie aby było erotycznie tak samo, nie mówiąc o tym, że chwytliwie nie musi oznaczać uproszczenia formy. Nie jestem genealogiem czy znawcą jego sztuki. Odbierałem ją intuicyjnie, jak człowiek, który pierwszy raz wciska "play" na odtwarzaczu. Naszą emocjonalną "randką" była wspomniana reklama, zasłuchanie od pierwszego odtworzenia. Rzeczywistość, kilka płyt i ten koncert okazały, że to Mistrz. I tak González mnie kupił. Pokazał, że w każdej estetyce są jej mistrzowie. W klasyce: Beethoven, Mahler, Chopin, Mozart, Bach... On jest mistrzem tego niezależnego brzmienia stroniącego od sztampy, kilku nut na gitarze i ciepłego głosu.

Ale czy on jeden?

Oczywiście nie. Raptem trzy dni później w tym samym miejscu, zaśpiewał człowiek, który dla tysięcy fanów (a raczej setek tysięcy, pewnie milionów wychowanych na estetyce popularnej radiowej "Trójki") jest człowiekiem-głosem. Kiedyś, jakieś ćwierć wieku temu, pisząc recenzję z koncert Marillion w Sali Kongresowej już z nowym wokalistą (Steve Hogarth), który zastąpił kultowego Fisha, użyłem stwierdzenia bardzo prostolinijnego. Słuchając tej ikonicznej muzyki ("Lavender", "Keylight" i innych z wcześniejszych albumów Marillion) w wykonaniu nowego - mikrego, wręcz groteskowego przy niemal dwumetrowym szkockim ex-drwalu Fish'u, czułem się tak, jak pewnie czuje sie mąż zastający żonę w domowej sypialni  w objęciach intruza. Nic dziwnego. Moją sroga ocenę potwierdziły niedawne dźwięki w Progresji. Fish czyli Derek William Dick pokazał, że Marillion to On. Tym koncertem kończył własny estradowy rozdział wykonywania "live" legendarnej płyty nazywając znamiennie całą trasę koncertową „Farewell to Childhood”. Nic dziwnego, że możność słuchania całej płyty „Misplaced Childhood” z której pochodzącą „Kayleigh” i "Lavender", to dla wielu wspomnienie młodości, pierwszej miłości, tej platonicznej i nie tylko... Wspomnienie czasów PRL, szarości, buta WRON ale i tej kolorowej od licealnych protestów, Mszy za Polskę, doklejanych koron Orłom na szkolnych szyldach, młodości naznaczonej słuchaniem Kaczmarskiego w domach czy mazania na murach miast farbą, słusznych protestów i ciężkich jak kamień prawdy krzyków wolności "prosto w twarz": Jaruzelskiemu, Kiszczakowi czy Rakowskiemu. Marillion i Fish byli wówczas wyspą pozytywnych emocji, przesłaniem. Nadzieją: od "Forgotten Sons" czyli refleksji o konflikcie w Irlandii Północnej, przez "Market Square Heroes" po wspomniane hity z "Mistplaced ...". Mając 50 lat byłem na koncercie "w średnicy" wiekowej publiczności. Ale czemu się dziwić, skoro pewnie 50 procent widzów to (jak niżej podpisany) ci, którzy poznawali swoje obecne żony, przytulali je potajemnie na domowych prywatkach słuchając legendarnych hitów z tytularnego albumy tej pożegnalnej trasy!  Bo tym koncertem Fish żegnał się w Warszawie z "Mistplaced Childhood". Tak jak na koncertach w całej Europie. Ale...

- Napisz Piotr, że to pewna cezura, znak, że teraz tylko czeka nas nowe. Ale pewnie znowu gdzieś w bisach zabrzmi coś z tego krążka i innych z czasu Marillion - zdradził mi Fish zaraz po koncercie, chwilę po jego bardzo przyjacielskiej rozmowie z Piotrem Kaczkowskim  ("On jest dla mnie jak brat" powiedział GPC sącząc wino). Pracuję nad nową płytą. Najpierw przyjadę z krążkiem do radiowych rozgłośni a potem z moją muzyczną fabryką na koncerty. No i niech przestanie mnie boleć kręgosłup, bo przy 2 metrach wzrostu, to nie jest fajne - zaśmiał się Fish.

Cóż, gdy ktoś ma 57 lat, tańczy na scenie jak młodziak i śpiewa tak fantastycznie jak w Warszawie (rewelacyjne otwarcie "Pipeline", porywające "Family Busines", genialny set z całą zawartością krążka "Mistplaced Childhood" czy bisowe "Market Square Heroes" i pożegnania w rytm "Company") to trzeba liczyć się z - jak mówią rockersi - powolnym zużyciem organizmu.

fish222

Fot: Robert Grablewski

"Piotr, ale napisz, że to co wykrzyczałem na koniec koncertu, to stuprocentowa prawda" - skwitował naszą nocną rozmowę Fish.

A co wykrzyczał? "Thank You Warszawa! The Great F... Oudienc. Love!".  

W przyszłym roku Fish nagra ostatnią swoją płytę, a potem, jak zapowiedział, zakończy karierę estradową. Aa pewno tam będziemy. \

Dzisiaj w Progresji polski rozdział światowej trasy legend rocka - Deathcrusher Tour 2015. Zagrają ikony i protoplaści ostrych brzmień: Carcass, Napalm Death, Obituary i Voivod. Całość otworzy szwajcarski band Herod (g. 18:30). Ten koncert już fani metalu okrzyknęli jednym z wydarzeń roku. Nic dziwnego, to będzie ponad 6 godzin rockowego czadu! Też tam będziemy.

Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie



16:29, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 listopada 2015
Gramy dla Marka

gramy-marek

21 listopada o godz. 19:00 w warszawskiej Stodole rozpocznie się bez mała czterogodzinny koncert „GRAMY DLA MARKA”, z którego cały dochód przekazany zostanie na leczenie i rehabilitację Marka Karewicza, wybitnego fotografika jazzowego.

W koncercie weźmie czynny udział przeszło 60 artystów

m.in. Hanna Banaszak, Ewa Bem, Halina Frąckowiak, Dorota Miśkiewicz

Maryla Rodowicz i Aga Zaryan

Krzysztof Cugowski, Krzysztof Daukszewicz, Andrzej Dąbrowski, Tomek Lipiński

Stanisław Soyka, Janusz Szrom, Krzesimir Dębski, Artur Dutkiewicz

Krzysztof Herdzin, Andrzej Jagodziński, Milo Kurtis, Robert Majewski, Marcin Masecki

Fazi Mielczarek, Henryk Miśkiewicz, Włodzimierz Nahorny

Włodek Pawlik, Tomasz Stańko i Krzysztof Ścierański

oraz Blues Fellows, Klan i Old Timers

a także m.in.: Piotr Baron, Paweł Brodowski, Krzysztof Materna, Piotr Metz

Marek Niedźwiecki, Marek Sierocki

Piotr Stelmach, Tomasz Szachowski, Paweł Sztompke

Agnieszka Szydłowska, Tomasz Tłuczkiewicz i Marek Wiernik

 

Podczas koncertu odbędą się licytacje: fotografii, pamiątek i płyt

W Internecie przeprowadzona też zostanie licytacja dzieł wybitnych fotografików.

Marek Karewicz to jeden z najbardziej znanych w Europie fotografików muzycznych i jedna z najbarwniejszych postaci polskiej estrady. Sam o sobie mówi, że z wielkich świata jazzu nie udało mu się sfotografować jedynie Louisa Armstronga, ale za to pił wódkę z Rolling Stonesami. W jego archiwum ukryta jest prawie cała historia polskiego jazzu i big-beatu oraz panteon największych gwiazd światowej muzyki jazzowej. Jest też autorem ponad tysiąca okładek płytowych, z których „Blues Breakout” uważany jest za najlepszą w historii.  

Marek Karewicz przed kilkoma laty doznał ciężkiego udaru, który uniemożliwił mu dalsze wykonywanie zawodu. Utrzymuje się z niewielkiej emerytury, a jego pogarszający się stan zdrowia wymaga coraz większych nakładów na rehabilitację, stąd ta akcja.  


Osoby chcące wspomóc Marka Karewicza bezpośrednio mogą to zrobić za pośrednictwem Polskiej Fundacji Muzycznej, która uruchomiła specjalne, adresowane konto nr:

95 1140 1977 0000 2634 0600 1002





 



12:03, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 listopada 2015
Między muzyką a ciszą
Do sklepów trafiły dwa albumy tak kompletnie inne od typowej fonograficznej sztampy, że przywracają wiarę w to, że dobra muzyka przetrwa komercyjno-nijaką papkę.