PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009
Cieszę się, że słychać to, co chciałem aby było słychać – zdradza JazzGazecie Tomasz Stańko

Tomasz Stanko

 

 

Dzisiaj koncertem w Filharmonii Narodowej w Warszawie rozpoczyna blisko półmiesięczne tournee po Polsce nasz najsłynniejszy jazzowy internacjonał, Tomasz Stańko. W czasie koncertów zabrzmi muzyka z jego ostatniego, wspaniałego albumu „Dark Eyes”. Dla mnie płyty, o ile nie ja lepszej w dorobku Mistrza, to na pewno tak dobrej jak „Balladyna” czy „Litania”. W tym gronie „Dark Eyses”  nagrana z tzw. nordyckim kwintetem jest zdecydowanie najbardziej komunikatywna, klimatyczna i… na tle akustycznych dokonań – elektryczna. A co na to nasz trębacz?

 

Tomasz Stańko: To słychać? Kurcze a bałem się, że to nie zostanie dostrzeżone. Cieszę się, że słychać to, co chciałem aby było słychać.

Piotr Iwicki: Niby dodałeś elektryczna gitarę, bardzo elektryczną gitarę (śmiech) ale ta muzyka nadal pozostała w sferze jazzu akustycznego.

Bo zmienił się arsenał, narzędzia, instrumenty, ale myślenie, estetyka pozostały te same. To jak malowanie, zmieniasz kolory ale forma i kształt twoich artystyczny wyobrażeń są nadal spójne z dotychczasowymi.

Jak bardzo twój wyjazd do USA czy raczej czasowe wyjazdy do Nowego Jorku zmieniły twoje postrzeganie na jazz, na to co robisz?

Znalazłem oddech. To nie tylko w sensie przestrzeni, bo z mojego apartamentu mam genialny, otwarty widok na Amsterdam Avenue, ale mam więcej czasu na skupienie. Ma czas na chodzenie do galerii, jak choćby tej opodal, maleńkiej gdzie zobaczyłem obraz Oskara Kokoschki, który był inspiracją do mojej kompozycji „The Dark Eyes of Martha Hirsch”…

Pięknej kompozycji, jednej z najfajniejszych na płycie…

Dziękuję. A wracając do Nowego Jorku to mam też czas na ćwiczenie na trąbce, nie zaniedbuję tego również w Polsce. Chyba już dawno, o ile nigdy wcześniej tyle nie ćwiczyłem. Jest też we mnie jakaś taka lekkość w pisaniu kolejnych tematów. To jak by same wchodziły mi do głowy i przelewały się na papier. Inna sprawa, że mój nowy zespół, bardzo inny brzmieniowo i estetycznie od tych z którymi grałem ostatnio, a w szczególności o tria z Marcinem Wasilewskim, więc otwierają mi się nowe pomysły wynikające z nowych możliwości brzmieniowych.

Twoja nowa muzyka świetnie pasuje do szerokiego nurtu muzyki klubowej, oczywiści jest to cały czas jazz, ale poprzez zmianę palety barw instrumentów wpasowuje się w klimaty chill-out.

To nie chcę się wypowiadać, bo to nie moja bajka, ale masz rację, że jest tu jakiś taki klimat, który nie podnosi adrenaliny. Skoro mówisz chill-out, niech tak będzie.

Oglądałem zdjęcia twojego apartamentu, bardzo fajny design. Twój?

(śmiech) Nie, nie. Kupiłem go w takim właśnie stanie. To klasyczny loft, który został zaprojektowany poprzez poprzedniego właściciela, a był nim wzięty projektant od Louisa Vuittona. Nic w zasadzie nie zmieniałem. To pewna zamknięta forma. Ja się w nią wpasowałem, bo ona zwyczajnie mi pasowała.

Chodzisz na koncerty?

Trochę, ale to co mnie dziwi, to fakt, że jestem na nich… rozpoznawany! W Nowym Jorku Man!

A jak oceniasz koncert Chicka Corei i Gary Burtona, który odbył się dzieki twojej rekomendacji na festiwalu w Bielsku-Białej?

Zdumiewa mnie ich popularność w Polsce, zdumiewa łatwość z jaką „kupują” publiczność, z jaką grają i przy tym się świetnie bawią. Ale jest jeszcze coś innego, chyba najważniejszego. Oni grają „swoje”, ich własny stuff przy tym mając pełną świadomość czego oczekuje od nich słuchacz. I dzięki tym wszystkim sprawo, dzięki połączeniu tych aspektów odnoszą sukces niebywały. Słuchałem tego wszystkiego z wielka radością.

Teraz posłuchamy Ciebie.

Tylko z wyrozumieniem , Man (śmiech). My docieramy się w czasie koncertów, i ten program, choć grany już tyle raz, też. Przyjdź pod koniec trasy, to się zdziwisz.

To może nagrasz „live”?

Nie, nie lubię. Koncert to jest jak teatr, liczy się chwila i miejsce, koncert na płycie to substytut jazzu. Mam owszem sporo nagrań z koncertów, gdzies w szufladzie. Może wyda je córka.

A może załóż je w Internecie, niech fani ściągają, nawet za friko!

Świetny pomysł, chyba tak zrobię.

Nagrywasz dla potentata, kultowego ECM-u. Pewnie nie wiesz, ale jeden z czołowych polskich jazzmanów w czasie wiosennej konferencji w Katowicach oznajmił, że to co wydaje ECM, to nie jest jazz.

Tak, to jest bardzo małe, wypowiadanie podobnych opinii. Popatrz na katalog firmy, posłuchaj jej płyt, zobacz w jakich kategoriach pojawiają się w ankietach te płyty i ich wykonawcy, to sam zobaczysz, że jest zawsze – JAZZ. Zobacz na jakich pólkach leżą w sklepach płyty ECM’u – oczywiście na jazzowych. No wreszcie powiedz, że Corea, Metheny, Braxton, Jarrett, DeJohnette, Holland, Abercrombie, Rypdal, i całe te setki zespołów i solistów z naszym Marcinem Wasilewskim włącznie to nie jazzmani. To jakiś absurd! Ale ja to rozumiem. Dla niektórych jazz to skostniała, konserwatywna forma. Oni się zatrzymali wiele dekad temu w rozwoju swojego myślenia o jazzie. Czasami jest to wynik frustracji i zazdrości, ale wówczas warto pozostawić podobne nonsensowne opinie dla siebie. I tyle. Nie chcę więcej oceniać.

A co Ciebie zaskakuje z perspektywy ostatnich dwóch dekad wielkiego artystycznego i komercyjnego własnego sukcesu?

Co mnie zdumiewa? To, że tak wielu młodych ludzi przychodzi na koncerty, że są to takie tłumy!

Bo jesteś trendy!

(śmiech)

To życzę Tobie na koniec, aby tak zostało jeszcze na wiele lat.

Miło to usłyszeć od najlepszego krytyka jazzowego w Polsce (śmiech).

Głaszczesz moją męską próżność (śmiech).

Rozmawiał: Piotr Iwicki

 

Poniżej link do wszystkich danych koncertowej trasie Tomka Stańki.

KLIKNIJ TUTAJ

11:55, jazz-gazeta
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 listopada 2009
Ale czaaaaad, jazzowy czad na Jazz Jantar
Trio i trio (jazzowe) nie oznacza "to samo". Jak to możliwe!?
piątek, 27 listopada 2009
Koncerty, koncerty, koncerty
Brad Terry, Joachim Mencel, The Flow, Anna Maria Jopek, Staszek Sojka ...
czwartek, 26 listopada 2009
Jazz Jantar - ostatni weekend festiwalu

Jazz Jantar

Piątek i sobota będą ostatnimi dnia tegorocznej edycji tego popularnego festiwalu. Będą one podsumowaniem ośmiu koncertowych wieczorów w czasie których wystąpiło 17 formacji z kwartetem Branforda Marsalisa i zespołem Steve'a Colemana na czele. Koniec festiwalu zapowiada sie jako minifestiwal wewnątrz festiwalu, bowiem skupi się on na jazzie poszukującycm, chętnie balansującym między gatunkami. To będą zapewne bardzo kolorowe wieczory, coś co można adresowac nie tylko do zdeklarowanych fanów jazzu, ale do wszystkich którzy od muzyki oczekują emocji i nieprzewidywalności a improwizację pojmują jako sól poszukiwań i epksperymentów.

JazzGazeta też tam będzie.

Aby dowiedzieć się więcej o artystach, których posłuchamy w piątek i sobotę, kliknij poniżej.

 

 


27.11.2009
All that jazz

LEVITY

27.11.2009 | godzina 20:00 | Klub Żak

All that jazz

CARSTEN DAERR TRIO

27.11.2009 | godzina 20:00 | Klub Żak

28.11.2009
All that jazz

HANS ULRIK QUARTET

28.11.2009 | godzina 20:00 | Klub Żak

All that jazz

JOHNNY LA MARAMA

28.11.2009 | godzina 20:00 | Klub Żak

Młoda scena jazzowa

MARCIN JANEK QUINTET

28.11.2009 | godzina 20:00 | Klub Żak

09:52, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 listopada 2009
Diana Krall - koncert na bis

Diana Krall - live - fot. Piotr Iwicki

fot. Piotr Iwicki

Po znakomitych koncertach w Warszawie (TUTAJ detale) i Zabrzu, dzisiaj Diana Krall zaśpiewa we Wrocławiu.

Jest to propozycja i tyle intrygująca, że koncerty w Warszawie i Zabrzu od strony repertuaru były całkiem inne! Czego zatem posłuchają jazzfani dzisiaj wieczorem? Kochani czytelnicy, dajcie znać jak było.

TUTAJ koncertowe detale

12:05, jazz-gazeta
Link Komentarze (1) »
Jef Neve w Polsce

W piątek, koncertem w radiowym studiu im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie, rozpocznie trzydniową trasę koncertowa po Polsce Jef Neve, spełniona nadzieja europejskiego jazzu i swingującej pianistyki.

W kolejne dni odwiedzi Kalisz i Rybnki.

 

Jef Neve fot. Piotr Iwicki

fot. Piotr Iwicki

Jazz jest dla mnie jedną z dróg, którą podąża muzyka. Cały czas szukam tej, która potrafi uczynić z dźwięków jedność, bez zbędnego podziału na style czy gatunki. Jako muzyk, pianista, z jednakową miłością traktują muzykę Bacham Chopina czy Skriabina, ale gdy siadam i gram jazz, ta wiedza i miłość nie ulatują, One są ciągle we mnie. Jest tez pewna jedność między klasyczną pianistyka a jazzem, to kameralność i osobistość wykonania. W takiej formule każda nuta ma swój sens i znaczenie. Każdy dźwięku buduje napięcie, emocje te zaś składają się na dramaturgię poszczególnych kompozycji i całych koncertów. Stąd zarówno na kompozycję i muzykę podobnie jak nam koncert patrzę jako na całość. Musi być zachowana forma, musi być scenariusz, ale musi tez być miejsce na emocje wyrażane w improwizacjach. Bez nich jazz nie miałby sensu. Muzyka nie miałaby sencu.

(Jef Neve dla Jazzgazety)

 

Jef Neve urodził się 8 marca 1977 roku. Studiował w belgijskim Louvain, gdzie w 2000 roku otrzymał dyplom z tytułem Master of Music w klasie fortepianu klasycznego i jazzowego. W 2001 roku otrzymał dyplom z wyróżnieniem na wydziale muzyki kościelnej.

W lokalnych zespołach zaczął grać jako czternastolatek, w tym czasie skomponował wiele utworów na fortepian solo i orkiestrę. Jako siedemnastolatek grał w popularnym zespole funkowym Mr. Zebedee, kontynuując jednocześnie współpracę ze składami jazzowymi, orkiestrami symfonicznymi, zespołami muzyki pop. Pracował również jako muzyk sesyjny i komponował muzykę do spektakli teatralnych.
Występował też z Flamandzką Orkiestrą Symfoniczną pod dyrekcja Michela Tilkina. W 2002 roku, przez rok pracował jako pianista i kompozytor dla teatru tańca DATHE w Londynie. Historia jego trio, w którym współpracuje z basistą Pietem Verbistem i perkusistą Teunem Verbruggenem rozpoczęła się w 2002 roku, ich pierwszy album Blue Saga, chwilę po wydaniu w 2003 roku stał się bestsellerem. Kolejny album It's gone trafił na pierwsze miejsce listy sprzedaży płyt jazzowych w Belgii. W 2005 roku album ten otrzymał prestiżową nagrodę dla najlepszego międzynarodowego albumu jazzowego, przyznawaną przez Belgijskie Radio.
W 2006 roku, po podpisaniu umowy z Universalem, Jef wydał trzeci album "Nobody is Illegal", który stał się kolejnym bestsellerem i zebrał doskonałe recenzje na całym świecie. Płyta została przyjęta tak entuzjastycznie, iż wytwórnia zdecydowała się na wydanie jego płyt w ponad 20 krajach. Francuski magazyn Jazzman nadał jego płycie tytuł "CHOC", w duńskim "Politiken" płyta otrzymała 5 gwiazdek, a brytyjski "Guardian Monthly" określił go mianem jednego z 5 najlepszych nowych albumów. Podobnie niemiecki "MusickAnSich.de" przyznał albumowi Nobody is Illegal najwyższą notę (20 punktów) określając go jako coś najlepszego co przytrafiło się w europejskim jazzie.
Rok 2008 przyniósł kolejny album tria "Soul in a Picture", który został wydany w 24 krajach. Trasa koncertowa promująca nowy album została wyprzedana w m.in. w Brukseli, Antwerpii, Hasselt i innych miastach, a koncerty grupy przyjmowane były z niezwykłym entuzjazmem na całym świecie.
W swojej karierze trio Jefa Neve występowało na wielu ważnych festiwalach, m.in. Paris Jazz, North Sea Jazz, Vienna Jazz, Montreal Jazz, Vancuver Jazz, Veneto Jazz, Blue Note Gent, Audi. W 2008 roku zespół po raz pierwszy grał w Japonii, gdzie odniósł spory sukces oraz wziął udział w nagraniu materiału na nowy album popularnego japońskiego artysty TOKU. Był to również rok, w którym podczas koncertów na Monterey Festival, muzycy dwukrotnie grali na scenie głównej. Podczas koncertu na Mexico City Jazz Festival, ich koncert nagrodzony został standing ovations przez czterotysięczną publiczność. Błyskotliwa kariera Jefa Neve jako muzyka jazzowego rozwija się równolegle z jego karierą w świecie muzyki klasycznej.
W 2005 roku opracował Wariacje Goldbergowskie Bacha, dzięki którym zyskał rozgłos i uznanie miłośników muzyki klasycznej. Ponadto regularnie gra koncerty wraz z oboistą Pietem van Bockstalem. W 2007 roku z Flamandzkimi Filharmonikami grał Gershwina, do realizacji tego programu został zaproszony ponownie w maju 2009 roku, tym razem we współpracy z Takuo Yuasa jako dyrygentem. Koncert odbył się w Sali Królowej Elżbiety w Antwerpii. W maju 2009 roku premierę miał jego pierwszy koncert fortepianowy, podczas którego towarzyszyli mu brukselscy filharmonicy pod batutą Michela Tabachnika. Oba wyprzedane do ostatniego miejsca koncerty - w Brukseli i Gent - publiczność nagrodziła standing ovations.
Poza współpracą z triem oraz karierą muzyka klasycznego Jef Neve występuje w duecie z wibrafonistą Pascalem Schumacherem, owocem tej współpracy będzie album, wydany przez wytwórnię ENJA w 2010 roku. W zespole Groove Things Jef gra na organach Hammonda, ponadto współpracuje z wokalistą Jose Jamesem, z którym przygotowuje projekt poświęcony Coltrane'owi. Jef Neve jest również autorem dwu ścieżek dźwiękowych do filmów "Dagen Zonder Lief" (2007) oraz "De Helaasheid der Dingen", który prezentowany był na festiwalu w Cannes w 2009 roku.
Od stycznia 2008 roku Jef prowadzi program radiowy, który jest jednym z najpopularniejszych programów poświęconych muzyce jazzowej w Belgii.
Jego muzycy:
PIET VERBIST (1961), studiował na Antwerp Jazzstudio, gdzie jego nauczycielami byli Dave Pike, Dannis Luxion, Hein Van de Geijn. W 1994 roku uzyskał dyplom Brukselskiego Konserwatorium na wydziale jazzu. W 1995 roku był uczniem Dave'a Hollanda. Jest jednym z najbardziej aktywnych muzyków na belgijskiej scenie, ma własną wytwórnię Contour Records, ponadto wykłada w antwerpskim konserwatorium.
TEUN VERBRUGGEN (1975) ukończył w 1999 roku konserwatorium pod kierunkiem Hansa Van Oosterhouta. Następnie był uczniem Dre Pallemaertsa i Johna Engelsa. Poza triem Jefa Neve gra we własnym składzie Othin Spake, Futhark. Ponadto współpracuje z Alexi Tuomarilą, Peterem Jonesem, Iggym Popem.
Jef Neve
"To po mnie zostanie"
Specjalnie dla uczestników koncertów z cyklu "Jazz raz po raz" z Jefem Nevem rozmawia Agnieszka Antoniewska.
AGNIESZKA ANTONIEWSKA: Kiedy najczęściej słuchasz muzyki?
JEF NEVE: Najczęściej w samochodzie, odkąd tyle podróżuję. To właściwie jedyne miejsce, w którym jestem całkiem sam i nikt mi nie przeszkadza. Także w samolocie. Jestem w trasie jakieś cztery miesiące w roku. I oczywiście w domu, w nocy, kiedy nastaje cisza. Dzięki niej śpię spokojnie.
AA: Co wtedy wybierasz?
JN: Jak się pewnie domyślasz, nie tylko jazz.
AA: Dlatego pytam...
JN: Uwielbiam Thoma Yorke�a, szczególnie jego ostatni solowy album �The Eraser�.
AA: Znam go na pamięć.
JN: Ja też. Poznałem go w lutym w Brukseli. Przyjechał na konferencję na temat globalnego ocieplenia. Co za spotkanie! Dlatego nie warto się zamykać, tylko szukać takich pereł w różnych gatunkach muzycznych. Słucham też dużo klasyki. Na przykład Bacha. Ale również w jazzie muszę być na bieżąco.
AA: Domyślam się, skoro prowadzisz w radiu Klara swój własny program...
JN: No właśnie. Lubię zapraszać młodych muzyków, którzy ze swoim materiałem dopiero wkraczają w muzyczny świat. Niedawno był u mnie izraelski pianista, Yaron Herman. Dzięki audycji dostaję dużo płyt. Mnie samego bardzo to inspiruje, bo trafiam na wyjątkowe albumy artystów z różnych stron Europy i świata. Być może, w innych okolicznościach nie miałbym takiej szansy.
AA: Masz czasem takie wrażenie, że gdyby słuchanie muzyki było wyłącznie Twoją pasją, a nie również zawodem, wciąż słuchalibyśmy tych samych starych, dobrych albumów Milesa, Coltrane�a...
JN: Shortera... ale ja go ciągle słucham! Zwłaszcza że ostatnie lata były szczególne w jego karierze. Jest legendą, to prawda, ale wciąż się rozwija i poszukuje. I to jak!
AA: Rozumiem, że od początku wiedziałeś, że to właśnie jazz, a nie inny gatunek muzyczny, jest tą właściwą dla Ciebie drogą...
JN: Nie, odkryłem go dość późno. Jako dziecko słuchałem głównie muzyki klasycznej.
AA: Jako dziecko?!
JN: Nie dziw się, moi rodzice uwielbiają klasykę, rozbrzmiewała w naszym domu codziennie. Może dlatego zacząłem grać na pianinie jako czteroletni brzdąc. To było takie naturalne. Najpierw chciałem po prostu naśladować moją mamę, która lubiła grać na pianinie w naszym salonie. Mimo że nie jest wykształcona muzycznie, gra pięknie. Pamiętam jak na dobranoc, układając mnie do snu, opowiadała mi historie o małym Mozarcie... W efekcie, wstyd się przyznać, ale chciałem być Mozartem, marzyłem o komponowaniu. Wydawało mi się to zresztą całkiem realne. Poza tym, dzieci są takie otwarte. Nie można chyba powiedzieć, że jakaś muzyka jest dla nich za trudna. To stereotyp.
AA: W tych pierwszych latach rzeczywiście wiele zależy od naszych rodziców.
JN: Kiedy nuty przestały być dla mnie dziwnymi znakami, zacząłem komponować. Moja mama nie traktowała tego jako coś wyjątkowego, tłumaczyła, że to łatwe. Dlatego gra na pianinie nie była dla mnie męczarnią, jak dla wielu moich kolegów. Równie wcześnie zacząłem improwizować, a to było najprzyjemniejsze.
TUTAJ cały wywiad
11:47, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 listopada 2009
Piąty Mózg Festival
Już jutro rusza jeden z najbardziej awangardowych, multimedialnych i multistylistycznych festiwalu w Polsce. Epicentrum tego trzęsienia ziemi znajduje się w kultowym bydgoskim klubie Mózg. Tutaj rozkład jazzy (i nie tylko)
poniedziałek, 23 listopada 2009
Jesień Jazzowa w Bielsku-Białej
czyli niespodziewana ale przewidywalna absencja i coś miłego w zamian.
niedziela, 22 listopada 2009
BERNARD MASELI – GLOBETROTTERS & NIPPY NOYA
Dzisiaj niezwykle ciekawe koncert w warszawskiej Jazzowni Liberalnej. śmiało można powiedzieć, że czeka nas granie, które dla wielu może okazać się furtką do jazzu. Ot wieczorem zabrzmi world-jazz, pełen efektownych odniesień do folkloru z całego świata.
sobota, 21 listopada 2009
PAUL LAMB & THE KING SNAKES
WARSAW BLUES NIGHT czyli gwiazda na jubileusz
piątek, 20 listopada 2009
Jazz Jamboree - akt II
Śpiewając Jazz - Gwiazdą wieczoru będzie Marianna Wróblewska, jedna z najciekawszych wokalistek w historii polskiego jazzu, współpracująca niegdyś m. in. z Mieczysławem Koszem, Zbigniewem Namysłowskim czy Włodzimierzem Nahornym. Artystka powróciła na scenę jazzową po 11 latach nieobecności. w koncercie wezmą tez udział Maciej Zakościelny i Beata Przybytek
Odszedł Andrzej E. Grabowski
Był jednym z pierwszych ludzi, którzy w swej działalności postawili na publicystyczną - medialną komunikację o muzyce via Internet.
czwartek, 19 listopada 2009
Jazz jak dynamit

Chick Corea & Gary Burto fot. Piotr Iwicki

Wczoraj koncertem Gary Burtona i Chicka Corei, duetu który przed 36. laty ustanowił kanon jazzu, rozpoczęła się VII Jesień Jazzowa w Bielsku-Białej. Tradycyjnie otworzył ją Tomek Stańko, szef artystyczny tego znakomitego festiwalu.

Tomasz Stanko fot. Piotr Iwicki

Słynny jazzowy tandem wykonał swoje największe hity zarówno ze starych płyt, tych które 35 lat temu otworzyły nowy rozdział w historii jazzu, jak i standardy Billa Evansa i Theloniousa Monka. Nie zabrakło podszytych iberyjskimi klimatami Alegrii, Senor Mouse i No Mystery. w niemal każdym temacie każdy z artystów miał swoje przysłowiowe "pięć minut" na improwizację. Niektóre tematy zabrzmiały lepiej niż w wersjach, które znamy z płyt (np. Bud Powell i Duende). Prawdziwy podziw wzbudzał Gary Burton, którego wirtuozeria i niespotykana czystość gry na wibrafonie (tzw. outy, czyli nietrafienie we właściwe płytki instrumentu są rzadsze u Burtona niż usterki w Toyocie Starlet z roczników 1980) musiały budzić podziw.

Gary Burton by Piotr Iwicki

Podobny efekt odnosiły popisy Corei, którego perkusyjne traktowanie fortepianu jest znakiem rozpoznawczym, kanonem jazzu.

Finał blisko dwuipółgodzinnego grania był niespodziewany.

Najpierw Corea dyskretnie zwędził dwie pałki Burtonowi i rozpoczął radosne harce na wibrafonie (bywalcy koncertów Corei wiedzą, że potrafi on stylowo grać nie tylko na wibrafonie ale i na marimbie, jak choćby dziesięć lat temu w Operze Leśnej w Sopocie w czasie Gdynia Summer Jazz Days, gdzie do formacji Orygin dołączył równiez Burton).

Chick Corea fot. Piotr Iwicki

Po chwili dołączył do niego Gary, po czym po serii zabawnych dialogów wspólnie wzorem meksykańskich marimbafonistów grających po dwóch na jednym instrumecie (marimbie) zagrali wspólnie na cztery ręce... Armando's Rumbę.

Gary Burton & Chick Corea Vibe Duel fot. Piotr Iwicki

Finał utworu (był to ostatni bis) duet zagrał już "po Bożemu" - z Chickiem Coreą za czarnymi i białymi klawiszami.

Cóż, Bielsko-Biała ma genialny festiwal z udziałem pierwszoligowej obsady gwjazzd. Ten festiwal ma genialnego szefa, którego wspiera jego dynamiczna córka - Ania. Jak zwykle dyskretnie ukryta gdzies w tłumie.

Anna Stanko

Bielsko-Biała ma też prezydenta - wielkiego jazzfana, Pana Jacka Krywulta.

Tomasz Stańko & Jacek Krywult fot. Piotr Iwicki

Tomasz Stańko & Jacek Krywult - piorunująca mieszanka jazzowej i samorządowej komeptencji.

 

Co tu ukrywać, pierwszy dzień Jesieni Jazzowej w Bielsku-Białej mógłby być ozdobą każdego festiwalu jazzowego (i nie tylko) na świecie.

I pomysleć, że to dopiero poczatek.

Tutaj rozkład jazzdy festiwalu.

Piotr Iwicki - JazzGazeta

23:50, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
Złoty Nowakowski i Lorber - smoothjazz górą
25 listopada w warszawskim Capitol Club odbędzie się wyjątkowy koncert Marcina Nowakowskiego, podczas którego artyście zostanie wręczona ZŁOTA PŁYTA za album “Better Days”. Specjalnym gościem koncertu będzie amerykański symbol smooth jazzu, producent płyt Chrisa Botti, Kenny G oraz ... Marcina Nowakowskiego, Jeff Lorber.
środa, 18 listopada 2009
Branford Marsalis na festiwalu Jazz Jantar czyli niedziela będzie jego

W niedzielę w ramach festiwalu Jazz Jantar (Gdańsk) zagra jeden z najsłynniejszych jazmanów naszych czasów, Branford Marsalis. Przywozi bardzo mocny skład, a ci, którzy znają go wyłącznie ze współpracy ze Stingiem moga przeżyć szok. Dlaczego? Bo to świetny jazzman jest i w czasie własnych koncertów nie mizdrzy się do publiczności nawet jedną nutą.

Branford Marsalis

The „NEW“ Branford Marsalis Quartet

Jazz Jantar 2009 – 22.11.2009 / g. 20.00 / Polska Filharmonia Bałtycka

Branford Marsalis – saksofony/ Joey Calderazzo – fortepian/ Eric Revis – kontrabas/ Justin Faulkner - perkusja

 

BRANFORD MARSALIS

Branford Marsalis (ur. 1960), trzykrotny zdobywca Grammy, wirtuoz, świetny kompozytor i szef wytwórni Marsalis Music będzie gwiazdą Festiwalu Jazz Jantar 2009. Jego kwartet od dziesięciu lat pozostaje wzorem i kwintesencją mainstreamowego jazzu. Latem 2009 roku nastąpiła pierwsza zmiana osobowa w zespole. Jeffa „Taina” Wattsa na perkusji zastąpił rewelacyjny osiemnastolatek (!) Justin Faulkner. Trzeba go sprawdzić!

W latach 80-tych Branford zyskał uznanie jako członek legendarnego Art Blakey’s Jazz Messengers oraz kwintetu Wyntona Marsalisa. Nagrywał i występował z artystami, których w żaden sposób reklamować nie trzeba. Byli to m.in. Miles Davis, Dizzy Gillespie, Herbie Hancock i Sonny Rollins. Międzynarodową sławę zyskał koncertując ze Stingiem, z którym nagrał w sumie sześć płyt. Współpracował z zespołami Grateful Dead, Brucem Hornsby, wystąpił w kilku filmach. Jest autorem muzyki do filmów (m.in. Mo’ Better Blues Spike’a Lee) i prowadzi program jazzowy dla radia publicznego w USA.

Nagrał ponad dwadzieścia płyt. Najgłośniejsze albumy Branforda Marsalisa to „Braggtown”, „Contemporary Jazz”, „I Heard You Twice The First Time” oraz DVD z klasykiem Coltrane’a „A Love Supreme”.

Prócz pracy scenicznej saksofonista współpracuje z uczelniami m.in. Berkley, Michigan State, San Francisco State, Stanford and North Carolina Central, gdzie odbywa warsztaty wraz ze swoim kwartetem. Opracował nowatorski program edukacyjny dla studentów zwany Marsalis Jams.

Po ataku huraganu Katrina zaangażował się w odbudowę rodzinnego Nowego Orleanu.

 

Joey Calderazzo - elokwentny pianista i kompozytor, który jazzowe ostrogi zdobywał w słynnej nowojorskiej Juilliard Arts School, by potem praktykować w zespołach najwybitniejszych twórców współczesnego jazzu.

W połowie lat osiemdziesiątych zadebiutował (zastąpił Kenny'ego Kirklanda) w zespole Michaela Breckera. Z liderem tym nagrał kilka znaczących dla jazzu albumów oraz odbył entuzjastycznie przyjęte przez publiczność koncerty w Stanach i Europie. Do kwartetu Marsalisa również trafił po śmierci Kirklanda i mówiło się wtedy, że jest jedynym pianistą, który był w stanie go zastąpić.

Pracując z Michaelem Breckerem pianista błyskawicznie stawał się popularnym i poszukiwanym muzykiem. W 1991 nagrał album za sidemanów mając Branforda Marsalisa, Dave’a Hollanda i Jacka DeJohnette (!), co jest przywilejem najwybitniejszych muzyków. Obecnie tworzy świetne trio (z basistami Johnem Patituccim i Jayem Andersonem oraz perkusistami Peterem Erskinem i Jeffem Hirschfieldem).

 

Eric Revis - uczeń Elisa Marsalisa (ojca Branforda). Współpracował z takimi muzykami jak Billy Harper, Louis Hays, Lionel Hampton, Jeff „Tain” Watts i legendarna piosenkarka Betty Carter. Siła jego gry, głęboki beat i precyzyjne akcentowanie sprawia, że jest on stabilnym fundamentem zespołu, a jednocześnie wywołuje małe „trzęsienie ziemi” wśród publiczności.

 

Justin Faulkner - osiemnastolatek z Philadelphii. Wulkan energii, wirtuoz, wschodząca gwiazda jazzowej perkusji. Wielkie odkrycie Branforda.

 

Koncert ze znakiem jakośći JazzGazety

 

 

BILETY

30,- studenci szkół artystycznych*

40,- studenci*

Normalne:

70,- przedsprzedaż w dniach 28.09.2009 – 25.10.2009

90,- sprzedaż od 26.10.2009

* sprzedaż biletów wyłącznie w Klubie Żak, za okazaniem ważnej legitymacji studenckiej (1 bilet na 1 legitymację)

 

INFO

www.jazzjantar.pl

Sala: Polska Filharmonia Bałtycka, Gdańsk, ul. Ołowianka 1

Wszystkie miejsca numerowane. Sprzedaż biletów w Klubie Żak, www.eventim.pl i www.ticketonline.pl

oraz w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej (tylko w dniu koncertu – 22.11.2009)

16:19, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
Festiwalu Multimedialny Schaeffer
Dorobek kompozytorski Bogusława Schaeffera jest ogromny i niezwykle różnorodny. Każdy jego utwór nosi piętno oryginalności , a komentarze odautorskie – które kompozytor chętnie do ich wykonań dołącza – zawierają elementy prowokacji... a czy nie o to w sztuce (również) chodzi? Czy trzeba dodawać, że nie samym jazzem człowiek żyje?
wtorek, 17 listopada 2009
Przesłuchanie w podróży – Jerzy Małek

Od czasu, kiedy ostatni album Torda Gustavsena wysłuchałem jadąc w przemiłym, artystycznym towarzystwie na trasie Radzyń Podlaski – Fajenty Nowe, przemierzając pradolinę Wisły w gęstej jak mleko mgle, pokochałem takie niespieszne przemieszczanie się pod dyktando wybitnych fraz. Tak było i teraz, tyle, że tematem zasłuchania i dysputy stał się album „Bop Beat” Jerzego Małka. Słuchanie to było  dwójnasób ciekawe, bowiem mój towarzysz podróży Muzyk Z Bardzo Daleka (w skrócie MZBD), kompletnie nie widział czego słucha, co więcej, nawet gdybym mu powiedział, to i tak naszego artysty nie zna. Co więcej, zarówno MZBD jak i ja płyty słuchaliśmy pierwszy raz, a potem drugi, trzeci…

Jerzy Małek

To co zdumiało MZBD, to fakt, że liderem nagrania nie jest … klawiszowiec grający na fenderze. Wprost uwierzyć nie chciał, że sprawcą albumu jest trębacz, i to w dodatku zaliczany do młodego pokolenia (choć to określenie jest o tyle nieprecyzyjne, że młodym pokoleniem jest się podobno do pięćdziesiątki).

- Kurcze, wielka powściągliwość, coś czego muzycy nabierają dopiero po trzech czy czterech solowych albumach – skonstatował.

I ma rację. Pierwszy, czy drugi skazane są na nachalność, zbytnie epatowanie słuchacza i przekonywanie niemal każdą nutą: słuchaj jaki jestem świetny! (nomen omen Małek na swoich wcześniejszych płytach tego nie uczynił). A na „Bop Beat”

Bop Beat

czegoś takiego nie znajdziecie (podobno to pierwsza z czterech dotąd niewydanych płyt lidera). Małek zdaje się być po prostu członkiem formacji, w której muzycy genialnie prowadzą dialog, na kilka chwil przejmując pałeczkę pierwszeństwa w improwizacjach. A fakt, że w pierwszej części płyty do głosu dochodzi fender (stylowy Jan Smoczyński) sprowadza na manowce myślenie, że własnie klawiszowiec jest liderem.

Album przekonuje też swoją autentycznością. Słychać, że muzycy wiedzą o jazzie wszystko, że kochają klimaty post-funkowe i chętnie mieszają je ze współczesnym straight-ahead jazzem. Co więcej, nie obcy jest im trip-hop i break-beat, które użyte jak przyprawa (a nie podmiot potrawy) czynią całość atrakcyjną i intrygującą. Tego się po prostu świetnie słucha. Jest na albumie tez rodzynek wokalny, czyli „Get Up” śpiewano-rapowane przez Mikę Urbaniak.

- Man, to chyba laska z NYC, ale barwa biała za to solidny akcent i swoboda – odpowiedział MZBD, gdy zagadnąłem go o to, czy kojarzy głos. Jak widać ma rację w 100 procentach. Zapytany kto to? Nie wiedział. No bo niby skąd miał wiedzieć.

No i nadszedł wreszcie czas na dywagacje „kto to trąbi”. I tu się zaczęło (było nawet przypuszczenie, że to dwóch muzyków, bo ten z „Street Dance” to na bank nie ten sam kolo co w „The Quay”). Po chwili tłumaczenia, że to ten sam człowiek, mój towarzysz podróży zaczął zgadywać kto to jest? „Red Neons” skłaniały go ku jakiemuś nieznanemu frikowi z Down Townu (oczywiście nowojorskiego), a w „The Quay” MZBD skonstatował: na bank Randy Brecker! Ale chwila zawahania przywiodła na usta inne słowa: Chuck Mangione, choć tutaj pewność uleciała. Przez chwilę było coś o: „być może jakimś nowym projekcie Nicolasa Paytona, bo podobno miał się zabrać ponownie za granie z sekcją elektroniczną”. Moje każdorazowe zaprzeczenie, wprawiało MZBD w osłupienie. Sprawy nie ułatwiał grający piknie, i jakoś tak inaczej  od tych który zna, wibrafonista (Dominik Bukowski, atut płyty). Śmiesznie zrobiło się też w „Street Dance” kiedy MZBD kompletnie zgłupiał i nie wiedział co powiedzieć, nawet przebąknął, że „to jak Randy, ale…”. I tyle sobie pogadał. Oczywiście zachwyciliśmy się fenderem pod palcami Sławka Jaskułke (i znowu ten „Street Dance” – chyba lokomotywa albumu podobnie jak „The Quay”). Mnie zdumiała łatwość  jaka Małek zmienia frazowanie i konwencję gry gdy tylko podłącza do instrumentu wah-wah a  grając barwą pastelową, przytłumiona przywodzi skojarzenia z artykulacją skrzypcową (vide „Don’t Ask Me Why”. Czy robi to  świadomie? Być może, wszak terminował u Michała Urbaniaka. A ten wiadomo, o skrzypcach „z prądem” wie wszystko. Inna sprawa, ze zawarta w tytule kwestia nie nakłania do dalszego zgłębiania etymologii tytułu.

„Bop Beat” to album który czekał blisko trzy lata na wydanie, i powiem wprost, gdyby przeleżał się jeszcze w szufladzie nic nie straciłby ze świeżości, bowiem jest zagrany w sposób nie odwołujący nachalnie do jakiejkolwiek modnej konwencji. Cieszy świeżością i radości wspólnego muzykowania. Widać (czy raczej słychać) że artyści z listy płac są obok tego, że ze sobą muzykują, kuplami (głupio by mi było, gdybym się mylił). Pewnie nie mniej głupio, jak mojemu MZBD, gdy oznajmiłem mu, że to polska produkcja, bez udziału wszechobecnych Amerykanów, a artyści mają jeszcze sporo lat do pięćdziesiątki.

No może słowo „głupio” tutaj zabrzmiało, bo zwyczajnie MZBD zwyczajnie zachwyciły się w następstwie oznajmienia o pochodzeniu krążka grą Polaków. Niewiele brakował, a zabrałby mi płytę! Nic z tego. Dlaczego? Bo to bardzo fajna płyta jest!

Piotr Iwicki – JazzGazeta

Jerzy Małek,

trębacz jazzowy, kompozytor urodzony w 1978 r. w Elblągu. Początki gry na instrumencie wiążą się z grą w orkiestrze dętej, do której zapisał się w wieku 13 lat W 1996 r. Jerzy Małek zaczął profesjonalnie zajmować się muzyką uczestnicząc w życiu muzycznym jazzmanów z Trójmiasta. Grał w pierwszym stałym zespole z muzykami takimi jak: Dominik Bukowski, Adam Żuchowski, Zdzisław Kalinowski, z którymi zdobył pierwsze laury na Konkursie Zespołów Jazzowych i Bluesowych w Gdyni.

Z początkiem studiów wiążą się dwa ważne wydarzenia w karierze muzyka: zaproszenie przez Jarka Śmietanę do współpracy przy projekcie muzycznym, którego efektem było nagranie płyty „African Lake” z udziałem legendarnego alcisty amerykańskiego Gary'ego Bartza, oraz założenie przez trębacza pierwszego własnego zespołu. Był to kwintet w skład którego wchodzili czołowi muzycy młodego pokolenia: Tomasz Grzegorski, Michał Tokaj, Romuald Twarożek, Sebastian Frankiewicz.

W 2002 r. muzyk nagrał swoją drugą płytę zatytułowaną „Gift”,wydaną przez Not Two rec. W 2004 r. Jerzy Małek zdobył trzecie miejsce na Międzynarodowych Zmaganiach Instrumentów Dętych w Szczecinie, w których udział brali muzycy z Europy i USA. Miał wtedy okazję zagrać z Billy Harperem i jego zespołem.

TUTAJ link do profilu artysty na MySpace

23:28, jazz-gazeta
Link Komentarze (6) »
VII Jesień Jazzowa w Bielsku-Białej
czyli wielkie święto ECM'u sygnowane ręką Tomka Stańki.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Made In Chicago (w obiektywie)

W piątek, 20 listopada w Poznaniu (Scena na Piętrze) rozpocznie się czwarta edycja festiwalu Made In Chicago. Imprezy jazzfanom przedstawiać nie trzeba. Ot, znakomity przegląd awangardowej chicagowskiej sceny jazzowej AACM, czesto uznawanej przez krytyków za tygiel w którym warzone jest jutro jazzu. Tym razem towarzyszyć festiwalowi będzie wystawa Krzysztofa Machowiny "My Great Black Music". Mały jej wycinek w JazzGazecie (ot wystawa bez wychodzenia z domu). Co tu ukrywać, Machowina, to kolejna spełniona nadzieja naszego jazzu ... choć nie muzyk. Przyznacie, że zdjęcia super!

Hamid Drake

Hamid Drake

Nicole Mitchell

Nicole Mitchell

Krzysztof Machowina. Rocznik 1974. Fotografowaniem muzyków zajmuje się od 10 lat. Jego prace publikowane były do tej pory w magazynach muzycznych „Jazz & Classics”, „Jazz Forum”, „Hi-Fi i Muzyka”, „Audio-Video” a także w „Dzienniku” i Playboy’u”.

 

Jak mawiał  jeden z najsłynniejszych fotografów świata Don McCullin - “Fotografia nie jest związana z patrzeniem lecz z czuciem. Jeżeli nie czujesz nic w tym na co patrzysz, nigdy nie uda ci się sprawić, aby ludzie patrząc na twoje zdjęcia cokolwiek odczuwali.”

Lapidarne to stwierdzenie i wydawać się może nad wyraz oczywiste, ale tkwi w nim ukryta i głęboka w swej prostocie prawda o sztuce fotografowania. Oczywiście ta, choć wymaga sprzętu i jak zresztą każda inna dziedzina twórcza również wiedzy, doświadczenia i kreatywności, w swej istocie jest niczym więcej i może aż, sposobem wyrażania emocji, drogą komunikacji z ludźmi, dalece bardziej emocjonalną niż rozumowo obiektywną.

Maia

Maia

Szczególnego znaczenia nabiera ona kiedy w obiektywie pojawia się człowiek, zupełnie wyjątkowego natomiast kiedy jest to muzyk, który przecież swoją sztuką, pozbawioną semantycznych znaczeń właśnie do emocji odwołuje się jak żaden inny rodzaj twórcy. Ważne jest więc aby choć odrobina ich emanowała z fotograficznego kadru. Być może jeszcze ważniejsze by zdjęcie w możliwie najmniej zniekształcony sposób oddawało ludzką wyjątkowość wyrażoną przez muzykę i aby obraz przekuwał na nowo doskonałe piękno sztuki dźwięku. Nie bez racji twierdziła Susan Sontag, że fotografowanie - to w gruncie rzeczy akt nieinterwencji.

Greg Ward & Corey Wilkes

Greg Ward & Corey Wilkes

Taką też w moim odczuciu drogą, wiele lat temu zaczął podążać Krzysztof Machowina. Taką też drogą konsekwentnie idzie i dziś. Głęboko wierzę, że wystawa jego fotografii, której wernisaż odbędzie podczas tegorocznej edycji festiwalu Made in Chicago, okaże się przekonującym tego dowodem, a on sam z tej zaledwie rozpoczynającej się drogi, nigdy nie będzie skłonny zawrócić. (Mikołaj Karłowski, PIW)

Roscoe Mitchell

09:57, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009
Jazz i nie tylko...
czyli uwielbiam szum starej płyty zwłaszcza gdy to jest Trzeszcząca Płyta vol. 4 i vol. 5 Piotra Kaczkowskiego.
 
1 , 2