PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
RSS
czwartek, 22 stycznia 2015
Nguyen Le Trio
Studio Koncertowe PR im. W. Lutosławskiego już 27 stycznia
Pink Freud – Trio Tour – nowe inspiracje
Eksperymentalna formuła koncertowania w trio pozwoliła muzykom na podejście w zupełnie nowy, ekscytujący sposób do tworzonej przed siebie muzyki. Efektów ich nowych pomysłów będzie można posłuchać już w najbliższy weekend
wtorek, 20 stycznia 2015
TOTO
... nowy album "XIV" już w marcu!
UK w Polsce!!!
Eddie Jobson - John Wetton - Alex Machacek - Virgil Donati
ORNETTE COLEMAN
"Beauty Is A Rare Thing: The Complete Atlantic Recordings"
Częstochowska fala

O siedmiopłytowym albumie kultowej formacji Tie Break pisze Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie

tietie

Dla jednych prekursorzy yassu, dla innych nonkonformiści z pogranicza jazzu we wszelkich jego odmianach, rocka wręcz punka. Niebanalni i od zawsze nieprzyzwoicie zdolni. Formacja Tie Break 35-lecie istnienia zwieńcza siedmiopłytowym okolicznościowym boxem. Zjawiskowym.

Jedni przyklejają im łatkę muzycznych wariatów, ktoś określił mianem punk-jazzowych estradowych zwierzaków, dopiero teraz z perspektywy trzech i pół dekad słychać, jak wielki wpływ na cała polska muzykę: od rocka przez pop, wszelkiej maści klimaty world i jazz po muzyczny improwizowany eksperyment, miało to co wyszło z Częstochowy. Gdy dzisiaj historycy jazzu i krytycy szukając mostów między związaną z katowicką Akademią Muzyczną formacją Young Power a rozimprowizowaną rewoltą funkcjonującą na osi Bydgoszcz (klub Mózg) - trójmiejski zgiełk z formacją Miłość, projektami Leszka Możdżera, Tymona Tymańskiego czy Mikołaja Trzaski na czele, gdzieś zanika nam potencjał okolic Jasnej Góry. Z perspektywy lat trudny do przecenienia. I to nie tylko z racji na fakt, że gdzieś w cieniu klasztornego wzgórza rosły takie talenty jak Janusz "Yanina" Iwański, rodzinny klan Pospieszalskich, czyli uczestnicy niezliczonych muzycznych projektów w niemal wszystkich muzycznych stylistykach. Połączyła ich kiedyś formacja Tie Break i kilka satelitarnych, jak Svora i Woo Boo Doo. Nic dziwnego, że dzisiaj Tie Break, koronna formacja częstochowska zalicza się do wąskiego grona kultowych polskich grup muzycznych, zjawisk, które przestawiły myślenie o muzyce improwizowanej - sztywnej, ukształtowane na kilku dekadach klasycznego, mainstreamowego jazzu.

To co robili swego czasu "tiebrekowcy" wraz z formacjami takimi jak Free Cooperation czy bardziej ułagodzone Young Power, okazało się zaworem bezpieczeństwa dla całej naszej muzyki instrumentalnej. Jazz u schyłku lat 70. i 80. w wydaniu powoli blaknących gwiazd tego gatunku zamierał, pustoszały kluby, to co robili młodzi-gniewni, było kołem ratunkowym dla całego jazzu! Znamiennie brzmią tutaj wypowiedzi muzyków, zamieszczone w książeczce towarzyszącej płytom (to wywiad - rzeka spisany przez Rafała Księżyka).Zdumiewa, że to niemal echo tego, co o jazzie sztywnym, wsadzonym w łapy chałtury i zapijaczonych knajp mówił Tymon Tymański. Dzisiaj wiemy, że ta jazzowa rewolta musiała się ziścić, dać impuls do nowego myślenia o jazzie. Nie o odgrywaniu zgranych do bólu standardów przy wtórze wódki i kotleta ale o jazzie-muzyce improwizowanej  idącej z duchem czasu. Muzyce, która wie, że przez swiat przelewa się fala punku, rocka, reggae, że czad elektrycznej gitary może współgrać z rozkrzyczanym saksofonem. Szkoda tylko, że czas zatarł wspomnienie częstochowskiej odnogi, gdy trójmiejskie zjawiska spod szyldu yassu uchodzą za ikoniczne dla naszej muzyki, chętnie służą za scenariusze filmowych dokumentów. Świetnie, że te siedem płyt przypomina o spektakularnych frazach tak odmiennych od głównego nurtu polskiego jazzu i rocka tamtych lat.

Tie Break, którego historia liczy się od 1979 roku to kamieniem milowym sceny muzycznej, nie tylko jazzowej. Trzon grupy stanowi czwórka artystów: basista Marcin Pospieszalski; jego brat mistrz saksofonów - Mateusz Pospieszalski, znakomity gitarzysta i wokalista Janusz "Yanina"  Iwański oraz trebacz - Antoni "Ziut" Gralak. W obrębie offowej subkultury lat 80-tych. szybko zdobyli pozycje najciekawszego outsidera. Chuligani jazzowej sceny istnieli poza oficjalnym obiegiem, nieobecni w komunistycznych mediach. Odcięci od zagranicznych wyjazdów (wręcz bojkotowani przez decydentów spod szyldu Polskiego Stowarzyszenie Jazzowego) stworzyli wokół zespołu własne artystyczne środowisko. Tie Break dzisiaj traktowani są jako zespół programowo poszukujący, tworzący własny unikalny styl i brzmienie. Pewnie dzięki temu ta muzyka do dziś brzmi świeżo a wręcz awangardowo. Ten tygiel sprawił, że jej twórcy są cenionymi muzykami sesyjnymi, kompozytorami i producentami, prowadzą indywidualne projekty artystyczne.

A co dokładnie dostajemy w stylowym pudełku? Siedem płyt to wydawnictwo kompletnie dokumentujące 35 lat na scenie zespołu Tie Break, reedycja wszystkich płyt zespołu poszerzona o niepublikowane wcześniej nagrania z archiwum Polskiego Radia i archiwów prywatnych. Wszystko poddano brzmieniowemu make-upowi, przez co muzyka brzmi, jakby została nagrana przed chwilą! Mamy tutaj album formacji Svora z 1984 roku (z udziałem m.in. Stanisława Soyki - śpiew). Jest też WooBooDoo (1985 rok), piosenki z tekstami Piotra Binkota, Jacka Kleyffa i Kamila Sipowicza oraz udziałem Andrzeja Ryszki (perkusja) i Andrzeja Urnego (gitara). Mamy tu nagrania archiwalne Tie Break z 1986 roku z udziałem Włodzimierza Kiniorskiego, Zbigniewa "Uhuru" Brysiaka i Sarandisa Juwanudisa. O tym, że słuszne są twierdzenia o estradowej charyzmie zespołu zaświadcza "Tie Break Live" - album koncertowy zarejestrowany w Filharmonii Częstochowskiej w 1988 roku z udziałem Zbigniewa Uhuru Brysiaka- instrumenty perkusyjne i Andrzeja Ryszki- perkusja.

Oczywiście jest tiebreakowy kanon:  "Duch wieje kędy chce" (1990 rok) i rok młodszy krążek "Gin Gi Lob". Nie mogło tez zabraknąć cenionej przez wielu płyty Tie Break & Jorgos Skolias  "Poezje ks. Jana Twardowskiego" (1994 rok). Tu świat sacrum tego uduchowionego z traktowaniem muzyki jako medium, osiąga na tle całego dorobku Częstochowian, szczyty.

kiedy słucha sie tej muzyki, z jednej stron doznajemy wielkiej radości w obcowaniu z dźwiękami płynącymi wprost z ludzkiej świadomości, serca, pełnej emocji i przekazu. Niestety, z drugiej strony z każdą fraza uzmysławiamy sobie, jak totalna papka i dźwiękowa nicość płynie do nas z radiowych głośników. A najgorsze jest to, że w starciu z tym bezkresem muzycznej głupoty i sprośności, muzyka Tie Break musi przegrać. dlaczego? Bo jest świetna i mądra. I co najważniejsze: powstała z potrzeby serca a nie dla mamony.

Piotr Iwicki

 



12:24, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
53 Warsaw Blues Night

Koncert ze znakiem jakości JazzGazety

blues15

12:19, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 stycznia 2015
Sędzia wielu talentów - o Krzysztofie Karpińskim pisze Maciej Marosz
O wiceprezesie Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego i mało znanych faktach z jego życia ...
czwartek, 15 stycznia 2015
Nowy album Cohena, Avishai Cohena już za 3 tygodnie!!!

Avishai Cohen Trio - From Darkness

coh

Avishai Cohen, jeden z największych basistów i kontrabasistów jazzowych na świecie, nie ukrywa, że najlepiej wyraża się muzycznie w konwencji jazzowego tria. Prezentowaną płytą otwiera wrota do innego wymiaru artystycznej ekspresji. Izraelski artysta wybiera się na niej w podróż do muzycznych krain, w których jeszcze nie bywał. W wyprawie towarzyszyli mu przyjaciele i wspaniali muzycy, pianista Nitai Hershkovits oraz perkusista Daniel Dor. Album ukażę się już 9 lutego.

"From Darkness" to nowości plus to, co znamy w wykonaniu Cohena oraz mnóstwo subtelnych kolorów, które rozprowadzone są z pietyzmem po całym albumie. Jest muzyka z ojczyzny Avishaia, są rytmy latynoskie, trochę klasyki, a nawet mocniejsze uderzenie. Pełna panorama dźwięków. Takie utwory jak "Lost Tribe", "Amethyst", "Signature", "C#-", to muzyka przez duże "m", która zostanie z słuchaczem na lata.

"Cieszę się, że to płyta, która podnosi słuchacza na duchu. Taki efekt lubię osiągać, grając. Na tym, według mnie, polega esencja muzyki. Ciężko pracowałem, by do niej dojść. Wiem, że dla każdego życie jest ciężkie. Ekscytujące, straszne, także depresyjne i niemal nie do zniesienia. Wtedy nasza muzyka może pomóc. Przynajmniej mnie pomaga" – konkluduje Avishai Cohen.

 

 

 

LISTA UTWORÓW CD

 

1.         Beyond

2.         Abie

3.         Halelyah

4.         C# -  

5.         Ballad For An Unborn

6.         From Darkness

7.         Lost Tribe

8.         Almah

9.         Signature

10.       Amethyst

11.       Smile

 

 



12:32, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
Mariusz Adamiak zaprasza...

2015

12:29, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 stycznia 2015
Dzień Bluesa w Progresji - koncert ze znakiem jakości JazzGazety

db

17:31, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 stycznia 2015
Podsumowanie roku 2014

Rok Pawlika i ...

Minął nam muzyczny rok 2014. Rok wzlotów, rok wpadek ale i rok nadziei. Dla mnie rok ucieleśniający słuszność twierdzenia, że trudno być prorokiem we własnym kraju.

gpc2014

Jeśli kiedyś będziemy szukać naturalnej cezury, pewnego charakterystycznego znaku połączonego z liczbą 2014, to będzie to pierwsza nagroda Grammy dla naszego jazzmana.  Przykład Włodka Pawlika i jego lauru amerykańskiego przemysłu muzycznego to jaskrawa emanacja naszej popkulturowej zaściankowości. Oczywiście, jeśli jazz uznać za wykwit kultury masowej. Pawlik, genialny pianista i kompozytor, twórca-autor wielu wspaniałych płyt, trafił do głównego muzycznego krwiobiegu dopiero, kiedy jego talent uhonorowali za Atlantykiem. Do tego momentu był ceniony, poważany ale przez koneserów i wąskie grono zorientowanych melomanów. Znakomity album "Night in Calisia" zmienił to radykalnie. Środowisko zaczęło nadrabiać zaległości, próbować ogrzać się w słońcu sukcesu słynnego mieszkańca podwarszawskiej Podkowy Leśnej. Nagrody zaczęły sypać się jedna za drugą, wszelakie tytuły artysty roku, prasowe laurki, nawet tabloidy i pisma kobiece poznały sie na jazzie. I tu rodzi sie pytanie, czy stałoby się tak, gdyby nie sukces w jaskini lwa? Dlaczego o tym piszę, bo rok 2014 uzmysłowił mi jak bardzo wirtualny jest świat naszego muzycznego biznesu, jak bardzo podlega on sztucznej kreacji, mdłej promocji, a prawdziwy, oszlifowany po mistrzowsku diament zaczyna mienić się ferią barw brylantu dopiero, gdy odkryją go na szeroka skalę inni. Szczęśliwie my z Włodkiem Pawlikiem byliśmy "od zawsze". Ten brylant cieszy nas od kilku dekad.

Wirtualny byt

Kiedy spojrzymy wstecz w miniony rok, muzycznie był potwierdzeniem całkowitej zmiany rzeczywistości. Podtrzymał  - co potwierdza trend - wyższość plików nad tradycyjnymi nośnikami (tzw. kopie fizyczne). Ot, namacalna, zapakowana w pudełko płyta ostatecznie przegrał z elektronicznymi ściągnięciami. Pokolenie facebookowe nie chodzi do sklepu a klika w necie ładując pliki na przenośne urządzenia muzyczne, przepraszam - pamięci masowe smartfonów i playerów plików. Ale... Gdy ilość wirtualnie pobranych płyt czy pojedynczych utworów z internetowego oceanu bitów rośnie, fenomenem jest podwajająca się z roku na rok ilość sprzedawanych płyty winylowych! Wielkie tytuły ze sklepowych półek czy internetowych sklepów z plikami, wręcz muszą mieć inkarnację na czarnej płycie. Nomen omen, słynny album Pawlika doczekał się również wydania na winylu! Ale skoro mowa o wirtualnym bycie, to można  zauważyć, że w Polsce mamy klika samoistnych muzycznych światów. Rządzą się swoimi realiami a działają wyłącznie pod dyktando radiowych playlist idąc na pasku tzw. fokusów czyli wyników badań rynkowych z tzw. słuchalnością na czele. Wiodące rozgłośnie stają sie demiurgami, kreują własne gwiazdy, z kapelusza - jak króliki - wyciągając już nawet nie gwiazdeczki jednego sezonu a kometki. Lśnią chwilę i nikną w ciemności. Napędza je reklama i częstotliwość odtworzeń na antenie. Wciskana papka jak kłamstwo powtarzane po wielokroć (ach ten Goebbels!) staje się prawdą a gniot hitem. A co z prasą? W wersji "papierowej" wygląda to tak: reklama płyty opłacona przez wydawcę, wywiad z artystą będący częścią umowy promocyjnej (zgadnijcie kto zazwyczaj płaci?) i wreszcie recenzja gdzieś na kolumnach kulturalnych. Ręka rękę myje... No i jak tutaj oceniać muzycznie rok, gdy większość odbiorców nieświadomie staje się marionetkami w rękach wielkich kreatorów muzycznych mód?

Prawda leży obok

Za nami rok zamykający rozdział Pink Floyd, płyta tej legendy rocka zatytułowana "The Endless River" dopełnia ikoniczny obraz brytyjskiego fenomenu. Za nami również rok świetnych albumów z koncertową multimedialną wersją "Biophilii" Björk i "Migracjami" Meli Koteluk na pierwszym planie. Zapadnie nam również w pamięci dzięki Kazikowi i jego zakażonym frazom, Wojtkowi Konikiewiczowi ("Free Cooperation" w serii Polish Radio Jazz Archives), Braciom Figo Fagot (to dla wtajemniczonych), Milo Kurtisowi i jego formacji Naxos (zjawiskowa „Podróż Dookoła Mózgu”) oraz mądrym muzycznie i poetycko-lirycznie albumom Grażyny Auguścik "Inspired by Lutosławski”, Piotra Bukartyka "Kup sobie psa" i jak zwykle rewelacyjnemu Grzegorzowi Turnauowi - "7 widoków w drodze do Krakowa". To był też rok genialnych nowości. Ot choćby Marcina Wasilewskiego ("Spark of life"), Adama Cohena ("We Go Home") czy zjawiskowej Annie Lenox z "Nostalgią". Przez 12 miesięcy królowała niezależność, jak choćby w wypadku Artura Rojka "Składam się z ciągłych powtórzeń ("Beksa" i "Syreny" - absolutne tytuły aspirujące do miana hitu minionego roku) , płyt spod szyldu wytwórni Innersong z "11" Lari Lu i "Wounds and Bruises" Kari Amirian (choć ten ostatni ma na okładce datę 2013, to w naszej świadomości zaistniał dopiero w 2014 roku). I wreszcie dla mnie to rok mega debiutu szwedzkiej formacji Dirty Loops. Ich "Loopified" (upraszczając mieszanina Earth, Wind & Fire, Take 6 i Elektric Band Chicka Corei) to mój osobisty numer jeden roku 2014. Płyta, która raz włożona do odtwarzacza mieszka w nim przez wiele tygodni. Tak jak "Honey Trap" Johna Portera, "Dawne tańce i melodie" Woobie Doobie czy do krwi jazzowa "Stalgia" genialnego trębacza Jerzego Małka.

A na koniec coś o koncertach. Polska przestała być obrzeżem wielkich tras koncertowych. Owszem, nie da się Warszawy, Wrocławia czy Łodzi porównać do Berlina, ale wielkie nazwiska trafiające do nas z całą otoczką gigantycznych produkcji muzycznych, to codzienność. Namacalnym dowodem, koncertowy album mega gwiazdy muzyki - formacji TOTO, zarejestrowany w... Łodzi. Do Polski przybywają postacie z okładek wszystkich muzycznych magazynów, tych popowych, rockowych jak i jazzowych. Klasyczni melomani też nie mogą narzekać, odwiedzają nas najlepsi (orkiestrowa superliga) a występ Krystiana Zimermana z Filharmonikami Narodowymi z muzyką Lutosławskiego, to przykład na to, że kanon naszej sztuki potrafi być doceniony i kultywowany.

Ale... Niestety, w tym szaleństwie dyktatu biznesu nad sztuką jest też coś zdumiewającego. O ile na wszystkie najważniejsze koncerty minionego roku bilety można było kupować przez kilka dni, na marcowy, tegoroczny występ Violetty, gwiazdy papkowatego choć sympatycznego cyklu w jednej z komercyjnych telewizji dziecięco-młodzieżowych, bilety na dwa koncerty (łódzka Atlas Arena) w tempie liczonym w godzinach... uleciały w mig! Cóż, może mnie to dziwić, ale czy powinno, skoro pisząc te słowa córka ogląda Violettę? Oczywiście bilet na ten show dostała "pod choinkę". Popyt jest tak wielki, że latem Violetta zawita na Stadion Narodowy. Cóż, między wielkością a śmiesznością - jak mawiał Napoleon Bonaparte - jest jeden krok.

Piotr Iwicki



11:55, jazz-gazeta
Link Dodaj komentarz »