PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
Jazz oberwał najbardziej - dla Gazety Polskiej Codziennie - Andrzej Olejniczak
Jeden z najwybitniejszych polskich saksofonistów w historii, swobodnie balansujący między jazzem, rockiem, muzyką popową i poważną, rozpoznawalny niemal na całym świecie. Błyskotliwy wirtuoz i improwizator pojmujący życie jako podróż, której motorem jest ciekawość. Andrzej Olejniczak, od trzydziestu lat bardzo ceniony mieszkaniec Kraju Basków, z tego, że jest Polakiem uczynił znak rozpoznawczy, stając się ambasadorem naszej kultury na Półwyspie Iberyjskim.

cdol

Ma 62 lata a swoją drogę muzyka zainicjował jako 6-latek. Najpierw jako pianista, potem adept klarnetu, na którym jako prymus ukończył Wyższą Szkołę Muzyczną w Łodzi w klasie klarnetu, błyskawicznie wszedł do świata jazzu. Był współzałożycielem legendarnej grupy Sun Ship oraz członkiem jednej z najlepszych formacji jazzowych w historii naszego jazzu – String Connection. Współpracował niemal ze wszystkimi zespołami sceny jazzowej lat 70. i 80., m.in. Extra Ball, Swing Session, Novi Singers, Big Bandem Katowice, a także z Big Bandem Polskiego Radia pod dyrekcją Andrzeja Trzaskowskiego oraz Zbigniewem Namysłowskim, Andrzejem Dąbrowskim i Sławomirem Kulpowiczem. Jako muzyk sesyjny grał z takimi artystami jak Józef Skrzek czy Maanam. i tu następuje najdziwniejszy zakręt w jego życiu. Gdy zasiadł na szczycie popularności, gdy stał się idolem, opuścił Polskę. Był rok 1984 a nasz saksofonista nawiązał współpracę z należącym do elity światowego jazzu ociemniałym pianistą Tete Montoliu. Przez 4 lata koncertował z nim na wielu europejskich festiwalach. W 1986 r. wystąpił u boku Gerry’ego Mulligana na festiwalu jazzowym w San Remo, a 2 lata później zagrał z Kenny Drew Trío na Festival de Jazz de Lorca-Murcia. Catch (1994), jego pierwszy autorski album nagrany w Hiszpanii, zdobył tytuł Płyty Roku, a Live at Altxerri (2004) został wysoko oceniony przez krytyków na całym świecie.

Tym większym zaskoczeniem dla melomanów jest jego ostatni album, "New Sax Concertos", na którym z towarzyszeniem Polskiej Orkiestry Radiowej pod batuta Krzesimira Dębskiego interpretuje "Focus Suite" Eddiego Autera, "Saxophone Concerto" Marka Kussa oraz błyskotliwy "Jazz Concerto for Sax & Orchestra" Krzesimira Dębskiego. Specjalnie dla "Codziennej" mówi o blaskach i cieniach bycia muzykiem i jazzmanem. Nie tylko w Hiszpanii.

Płyta w oprawie muzyków symfonicznych, nie jest jaskółką w twoim dorobku.

Tak, nagrywałem już z kwartetem smyczkowym, stąd muzykowanie w konwencji innej niż jazzowa, z sekcją rytmiczną, nie jest mi obca. W zasadzie jak pamięcią sięgam, zawsze chciałem mieć nagraną płytę z orkiestrą symfoniczną, kocham takie brzmienia dziewięćdziesięcioosobowego zespołu. To była też trochę tęsknota, powrót pamięcią do lat studiów, kiedy grałem koncert z orkiestrą na klarnecie. Marzyłem, aby to się stało ponownie.

Mimo trudności logistycznych, udał się. I to jak!

No tak, jest album, ale chętnie pograłbym to w czasie koncertów, mam taką cichą nadzieję, że sama płyta stanie się tyle samo wizytówką tego co robię jak i czymś, co zachęci decydentów do zaproszenia na koncert z tą czy inną orkiestrą.

Nie zdziwiłbym się, bo to bardzo atrakcyjny, komunikatywny nie tylko dla melomanów, program.

Dokładanie identycznie myślę, ale strasznie trudno przekonać szefów orkiestr do takiego repertuaru. Inna sprawa, że będąc kojarzonym z jazzem, muszę przełamywać barierę zaszufladkowania. Owszem, saksofoniści trafiają na afisze filharmonicznych sal, ale zdecydowanie łatwiej, gdy jest to jakieś słynne amerykańskie nazwisko. Branford Marsalis ma łatwiej (śmiech). Ale wraz z płytą pojawiły sie pierwsze nieśmiałe rozmowy. Już zagrałem część tego programu w Hiszpanii. Podobało się.

ollo

Mieszkasz w części Hiszpanii o najbardziej separatystycznych ciągotach, to co baskijskie, ogólnie nie budzi sympatii w Andaluzji, Katalonii, a jednak Ty cieszysz się wielkim poważaniem w całej Hiszpanii.

I to paradoksalnie w kraju, w którym jazzmani nie są gośćmi okładek kolorowych pism. Tutaj jazz jest bardzo niszowy. Ogólnie nasz jazz też nie jest tutaj zbyt znany, czasami ktoś wie coś o Tomku Stańce. Moja pozycja została tutaj zbudowana na fundamencie grania z muzykami popowymi, dzięki występom w telewizjach i współpracy z Tete Montoliu. Ale osobiści czuję kryzys zainteresowania jazzem. Niby jestem bardzo znany, ale jakoś co raz rzadziej dzwonią z propozycjami koncertów. To kryzys finansowy całego państwa, a to odbija się na popycie na sztukę. Może gdybym godził się grać za niemal symboliczne stawki, to sytuacja wyglądałaby inaczej, ale zbyt cenię siebie, zbyt wiele pracowałem na swoją pozycję, aby łapać co tylko się da. Z jednej strony jest to poważanie, które czuję, ale nie przekłada się na koncertowanie. Jazz oberwał najbardziej. Ale to nie wszystko. Hiszpanie w całej Europie, chyba najmniej cenią swoich artystów. Kiedy masz festiwal w Niemczech, Polsce, Belgii to nawet 80 procent wykonawców jest miejscowych. W Hiszpanii w programie są tylko Amerykanie! Na dużych festiwalach na główne sceny Hiszpanie nie mają wstępu! Na palcach jednej ręki można policzyć, kto z miejscowych zagrał kiedyś na głównej festiwalowej scenie.

To niebezpieczne z punktu widzenia promocji.

Dokładnie. Dla festiwalowego słuchacza konkluzja jest prosta: skoro ich nie ma, to znaczy, że są słabi. Potem do klubu na koncert nikt nie idzie, bo zwyczajnie nie zna kogokolwiek z miejscowych muzyków. Błędne koło. I choć muzycy są, to praktycznie w świadomości nie istnieją. Inna sprawa, że kluby i puby w których się jeszcze grywa, są tak biedne, że nie mają pieniędzy aby płacić gwiazdom. Stąd, chwała Bogu, czasami zagra ktoś z miejscowych.

Cafe Central w Madrycie, to takie Akwarium. Lubie tam wpadać, gdy jestem w Hiszpanii.

To juz nie powpadasz. Właśnie je zamykają, szkoda, bo angażowali zawsze na tydzień koncertów. Fajne miejsce. Jest jeszcze Cafe Popular, jednak to margines życia muzycznego. Moi studenci zastanawiają się, co będą robić jak zakończą edukację. W Polsce jazzmani tacy jak Henryk Miśkiewicz, Marek Napiórkowski czy Leszek Możdżer to postacie rozpoznawalne w całym biznesie muzycznym. A tutaj nieodżałowany Montoliu nigdy nie był zaproszony do telewizji! To mnie zapraszali bo grałem z kapelami pop czy disco! Tutaj to gwiazdy: Orquesta Mondragón, Mecano, Miguel Ríos, Manzanita, Itoiz, Oskorri, Revolver. Idę zakład, że o nich nie słyszałeś.

Nie słyszałem. Zgadłeś. A Pardo?

Jorge Pardo połączył jazz z folklorem iberyjskim, wszedł z saksofonem w świat flamenco. Spodobało się to Paco de Lucii, dało przepustkę do Chicka Coreii, ale z samym jazzem nie miałby co szukać.

olo

Nie chcę porównywać, ale status muzyka jazzowego nawet w USA nie jest zbyt spektakularny. Są giganci, ale rewelacyjni mistrzowie drugich dziesiątek rankingów, ledwo spinają budżety...

I dzieje się tak, że nawet ci najwięksi lądują w studiach nagraniowych jako anonimowi muzycy sesyjni. Sprawni, bezbłędni, szybko nagrywają to co trzeba i chyłkiem wychodzą tylnymi drzwiami. Bo oni grają jazz, więc nie wypada być popowcem. Kiedyś zakolegowałem się Craigiem Handy, gwiazdą jazzu, przyjechał do nas do Bilbao z zespołem legendy, Roya Haynesa. Gdy jakoś tak wstydliwie przyznałem, że jakoś sobie radzę bo gram z zespołami popowymi, to on szybko oznajmił, że jak nie chcę, to on chętnie przyjedzie i zagra za mnie. Inny gigant, chyba Seamus Blake, przyznał się, że największym sukcesem jest granie w słynnym telewizyjnym show, a jest wyrocznią gatunku. Chyba nie w tą stronę to wszystko idzie. Boje się, że tak jak w Nowym Jorku, będziemy grać jazz chodząc w przerwach z kapeluszem między stolikami albo za 30 dolarów i szklankę piwa.

Ale do Polski nie wracasz.

Zajmuję się edukacją, mam jeszcze koncerty, ostatnio dostałem nagrodę jednego z banków. Robię to co kocham. Ale nie wiem jak długo jeszcze.

Rozmawiał: Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie - Polskie Radio



poniedziałek, 22 lutego 2016, jazz-gazeta

Polecane wpisy