PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
कंडक्टर czyli dyrygent - z Piotrem Borkowski rozmawia Piotr Iwicki
Kilka ostrych zakrętów w karierze, niemal pół życia tysiące kilometrów od Polski, najbardziej prestiżowe laury i artystyczne doświadczenie, którym można by obdzielić kilku dyrygentów. Piotr Borkowski, pierwszy dyrygent Symphony Orchesta of India w Mumbai, odwiedził Polskę na kilka dni aby odebrać tytuł doktora habilitowanego Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie.

bork

Kilka ostrych zakrętów w karierze, niemal pół życia tysiące kilometrów od Polski, najbardziej prestiżowe laury i artystyczne doświadczenie, którym można by obdzielić kilku dyrygentów. Piotr Borkowski, pierwszy dyrygent Symphony Orchesta of India w Mumbai, odwiedził Polskę na kilka dni aby odebrać tytuł doktora habilitowanego Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie.

Jest artystą nietuzinkowym. Jako student warszawskiej Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina, wymieniany w gronie najlepszych w klasie profesora Bogusława Madeya, zdradzał ciekawość muzycznego świata, daleko wykraczającą po za rodzime estrady. Nic dziwnego, że idąc po szczeblach akademickiej i wykonawczej kariery, szukał swojego miejsca w wielkim muzycznym świecie. Mistrzowskie kursy pod okiem najwybitniejszych speców batuty, konkursy i laury, zaczynały być kamieniami milowymi jego kariery. Z jednakową łatwością prowadził spektakle operowe, dyrygował dziełami Iannisa Xenakisa co klasycznymi symfoniami Beethovena czy Mozarta. Startował nawet w konkursie na dyrygenta słynnej Boston Symphony Orchesta, gdzie trafił do ścisłego finału i poprowadził od dyrygenckiego pulpitu ten legendarny zespół. Koncerty na czterech kontynentach, liczne płyty w tym zwieńczone nagrodami (np. trzy Fryderyki przy ośmiu nominacjach) oraz krążek z koncertami saksofonowymi wydany dla amerykańskiej wytwórni Centaur Records, zakwalifikowany do ścisłej selekcji 55. edycji Grammy, nominacja do prestiżowej Classical Music Award (2013), to namacalny przejaw kunsztu i artystycznej wiedzy Piotra Borkowskiego, prywatnie syna naszego znakomitego kompozytora - Mariana Borkowskiego. jego kariera jako szefa orkiestr rozpoczęła się dwa lata po ukończeniu studiów (1989). W latach 1991-1997 szefował Filharmonii Olsztyńskiej. Od 1994 roku prowadził również Taegu Philharmonic Orchestrę (Korea Południowa), równolegle wykłądał dyrygenturę (profesor Taegu Hyosung Catholic University oraz University of Suwon, pełnił również funkcję dziekana). W kolejne lata dyrygował Filharmonikami w Suwon a od 2008 roku dyrektorowała Kyeonggi Festival Orchestra, której był założycielem.  I w tym momencie jego kariera wykonała przysłowiowy "ostry zakręt z piskiem opon", bowiem po ponad półtorej dekady pracy na Dalekim Wschodzie, Borkowski postanowił (od 2010 roku) powołać i prowadzić Filharmonię Gorzowską. Niestety, zmiana ustawy regulującej działalność instytucji kultury, odmienne pryncypia kolejnych władz Gorzowa Wlkp. sprawiły, że jego drogi z wielkopolskim zespołem rozeszły się. Dyrygował jeszcze Unitetd Chamber Orchestra oraz Kammersolisten der Deutschen Oper w Berlinie, by wykonać kolejny radykalny zwrot w karierze. Od roku prowadzi pierwszą orkiestrę symfoniczną w Indiach. Jak mówi, to całkiem inny, kompletnie nie przystający do naszych realiów muzyczny świat. Pod koniec marca w Mumbai poprowadzi koncerty w ramach Tygodnia Kultury Polskiej, zadyryguje oba koncerty Fryderyka Chopina w specjalnej instrumentacji wybitnego pianisty Kevina Kennera, laureta II nagrody XII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopinowskiego. Specjalnie dla "Codziennej" ten niecodzienny dyrygent zdradza, czym opłaca się taki sukces i co oznacza artystyczne spełnienie.

Fachowo Twoja funkcja brzmi niezwykle błyskotliwie: Resident Conductor at Symphony Orchestra of India at National Center of the Performing Arts in Mumbai, czyli dyrygent - rezydent Orkiestry Symfonicznej Indii w Centrum Sztuk Performatywnych w Mumbai. Ufff!

Dla mnie to zwieńczenie pewnej drogi od Korei przez Gorzów po Indie. Wszystko zaczęło się dzięki współpracy warszawskiej Akademii z uczelniami w Korei. jechałem tam przed laty na chwilę, zostałem - delikatnie mówiąc - na dłużej. Ale te wszystkie wspaniałe chwile, lata aktywności na koreańskich scenach wieńczy coś, co wspominam dramatycznie. To przeprowadzka z całym dobytkiem do Polski i z rodzina która tam założyłem. Kiedy to wspominam, mam dreszcze, bo taka przeprowadzka to kontener, który płynie trzy miesiące do Polski. Ale przyznam, że w Gorzowie znalazłem w tych latach 2010-2012 znakomite miejsce do spełniania się artystycznego.

Byłeś ojcem tamtejszego filharmonicznego projektu.

To genialna sytuacja dla dyrygenta, który mógł stworzyć swój własny zespół od podstaw.

Palcami artystycznej wyobraźni, głębokiej i dalekosiężnej wizji brzmienia, ulepiłeś jak z gliny...przepraszam za kolokwializm, piękny, gotowy produkt.

(śmiech) Brzmi to strasznie, ale tak było. To było spełnienie artystyczne, genialna sytuacja dla dyrygenta, który tworzy własny zespół! Niewielu doświadczyło takiej sytuacji! Miałem komfort organizowania przesłuchań i zatrudnienia po kilkunastu międzynarodowych przesłuchaniach pierwszych 25 osób na etat, reprezentowali 7 narodowości. Normalnie dyrygenci wchodzą w zaistniałą sytuację, trochę w cudze buty, z konfliktami, zaletami ale i zaniechaniami zespołów, i trzeba szybko orientować się we wszystkim. Tutaj te przysłowiowe buty szyłem sobie sam. Miałem Tomka Tomaszewskiego koncertmistrza Opery Berlińskiej, miałem też Piotra Prysiażnika z tej renomowanej orkiestry. Ci wspaniali skrzypkowie zaczęli ze mną tworzyć ten zespół. To ten zespól i ci udzie zagrali koncert z laureatami Konkursu Wieniawskiego i Maximem Vengerowem. To później zaowocowało nagraniem przez gorzowskich filharmoników płyty z laureatką ostatniego Konkursu Wieniawskiego - Soyoung Yoon. To była jedna z nagród. Miałem zaszczyt poprowadzić to nagranie.

Mówi się, tak dobrze żarło a ...

Zmiana ustawy, dymisja moje dyrektora naczelnego, nowy szef z ambicjami dyrygenta, to wszystko nie było do pogodzenia z moją wizją. Rada miasta zaczęła cięcia finansowe, około 6 milionów złotych było dla niektórych solą w oku, a to były całe koszty od honorariów po utrzymanie siedziby. Pięknej siedziby, w 2012 roku nagrodzonej na konkursie architektonicznych.

I lądujesz geograficznie bliżej niż Korea, ale mentalnie znacznie dalej...w Indiach.

Mumbai od 10 lat ma orkiestrę, jedyną w całych Indiach! Gra u nas kilkunastu Hindusów, wykształconych poprzez prywatne lekcje muzyków, bo w Indiach nie ma klasycznej edukacji muzycznej, pozostali to artyści zagraniczni. Równolegle prowadzimy projekt edukacyjny, wypełniamy lukę, czynią to muzycy zagraniczni z naszej orkiestry. Większość "armii zaciężnej", to artyści rosyjskojęzyczni z kilku państw, szef artystyczny pochodzi z Kazachstanu, to Marat Bisengaliev, światowej sławy skrzypek, laureat wielu konkursów mieszkający we Francji, to założyciel tej orkiestry. Powiem wprost, on został poproszony o założenie tej orkiestry.

Ale to całkiem inny świat.

Sezon dzieli sie na dwie części. Deprymuje to klimat. Nie gramy w maju, bo jest ponad 50 stopniach ciepła i 95 procent wilgotności, niebezpiecznie jest wyciągać instrumenty z futerału (śmiech). Ale pozostałej części sezonu nie jest wiele lepiej. Szczęśliwie ja mam z domu do sali prób 45 sekund "na pieszo". Biorę wdech klimatyzowanego powietrza w domu i drugi już na miejscu (śmiech).

Moi koledzy-muzycy w Omanie, mają jeszcze cieplej, tam bywa latem 55 stopni (śmiech), ale nie o meteorologii ta rozmowa.  Jak przyjmowana jest nasza "inna" muzyka w Indiach?

Indie to kraj podziału kastowego. Pół procent obywateli skupia niemal cały majątek państwa w swoich rękach. I z tej grupy wywodzą się nasi słuchacze. 

Ale to statystycznie miliony potencjalnych melomanów!

To zdumiewające, ale nikt nie jest w stanie policzyć mieszkańców Indii. Aktualnie szacuje się, że mamy miliard trzysta milionów mieszkańców, prawie tyle co Chiny! Aglomeracja Mumbai ma 25 milionów mieszkańców, jej centrum to ponad połowa populacji. Jak widzisz, nawet to 1/2 procenta to pokaźna widownia (śmiech). W Indiach to 6 i pół miliona potencjalnych słuchaczy a w Mumbai raptem "tylko" 125 tysięcy (śmiech). Nie mamy problemu z publicznością i frekwencją. Ale my jesteśmy cząstką Centrum Sztuk, które robi wiele różnorakich przedsięwzięć. Koncerty, wystawy plastyczne, muzealne, spektakle: teatralne, tańca, śpiewu, folkloru. Mnie zaskakuje, ale juz nie dziwi, że przy mnogości lokalnych języków, czasami nie można sie porozumieć. Wówczas jedyny ratunek, to język angielski. Urzędowy. Muzyka zaczyna być ważna w tej układance. Wiem, że większość naszych produkcji adresowana jest do tej najwyżej kasty, my ich nazywamy przyjaciółmi kultury, wielu z nich studiowała w USA, czy Anglii. Mamy luksusową sytuację, ale pracujemy też u podstaw. Gramy w małych salach, na te koncerty przychodzą ludzie, którzy z muzyką europejską mają pierwszy raz styczność.

Misja?

Chyba tak, siejemy, zaszczepiamy. Czas gra ważną rolę. Owoce... Pewnie za klika lat.

Starcie kultur, tak szokujących realiów, to chyba skarbnica anegdot...

Jeszcze nie. Dla mnie, na tle całego dorobku, to raptem rok. To również kontrast czegoś, co ja nazywam zapotrzebowaniem na kulturę. Osobiście nie mogłem się odnaleźć po etapie gorzowskim w polskich realiach. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale nie wspominam tego dobrze. Kilka koncertów, trudna konfrontacja rzeczywistością. Mam potrzebę dyrygowania, kreacji. W Polsce nie miałem zaproszeń. Stąd aktywność daleko za granicami Polski.

Może teraz coś się zmieni, myślę, że czas na polskich melomanów.

To, że rozmawiamy, to już coś znaczy. Jestem do dyspozycji. Może nie na każdy telefon, bo trzeba bookować lot, ale kocham dyrygować w Polsce. Stąd jestem.

Pięknie powiedziane, trzymamy kciuki za Indie i szybkie koncerty w Polsce.

Rozmawiał: Piotr Iwicki (Polskie Radio)

niedziela, 28 lutego 2016, jazz-gazeta

Polecane wpisy

Komentarze
2016/03/01 12:49:24
Ciekawy wywiad :)