PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
Przyjaźń bywa szorstka - Paweł Kaczmarczyk
Paweł Kaczmarczyk w wywiadzie dla "Gazety Polskiej Codziennie" opowiada o naszej jazzowej scenie, własnym pomyśle na jazz i ...nie tylko...

Przyjaźń bywa szorstka

Czy muzyk jazzowy skazany jest na niszowość? A może jazzman to artysta z duszą rockersa wsadzony w swingujące, przeintelektualizowane ramy? Paweł Kaczmarczyk, ulubieniec publiczności i krytyków, artysta tysiąca pomysłów, w czwartek zagra w warszawskim studiu koncertowym im. Witolda Lutosławskiego.

kaczmar

Ma 32 lata, co w jazzie oznacza bycie na przełomie swingującej młodości a wejścia w dorosłość. Ilość projektów, nagranych płyt, zrealizowanych przedsięwzięć sprawia, że już dzisiaj jest muzykiem - firmą. Obok wielkiego talentu, wirtuozerii ma wizję tego, co chce osiągnąć. Napoleon pytał swoich kandydatów na oficerów i adiutantów, czy maja szczęście? Bezspornie Kaczmarczyk mógłby odpowiedzieć; tak. Wszystko czego się dotknie, kończy sukces. Jak sam mówi, to umiejętność wytyczenia ścieżki, stworzenie ram a potem skonkretyzowanie projektu. Wreszcie  odnalezienie narzędzi i metod do jego realizacji. Ale bez tej świadomości, bez patrzenia daleko po za horyzont merkantylnych, przyziemnych blasków bycia gwiazdą, pewnie nigdy by nie był w tym miejscu, w którym artystycznie jest. Kiedy słyszy, że ktoś dostał znakomity, lukratywny angaż w dobrym hotelowym pubie z słowem "jazz" w nazwie, kwituje to krótko: Dwa tygodnie to sporo czasu. W dwa tygodnie można zrealizować bardzo ambitny artystycznie projekt. I pewnie to sprawia, że jest rozchwytywanym pianistą goszczącym u boku takich sław jak: Lee Konitz, Jon Christensen, Mino Cinelu, Emil Mangelsdorff, Poogie Bell, Hadrien Feraud, Eivind Aarset, Arild Andersen. Wielkim szacunkiem darzy Janusz Muniak a granie u boku Piotra Wojtasika czy Adama Pierończyk podobnie jak współpracę ze Zbigniewem Namysłowskim uznaje za zaszczyt.

Aktualnie  promujesz ostatni, znakomity album wydany z Audiofeeling Trio. Ale są pewne zmiany.

Tak, to zmiana członka zespołu, po sześciu latach nasze drogi rozeszły sie z Maćkiem Adamczakiem, kontrabasistą. Coś się zaczyna i coś sie kończy, dalej zostajemy przyjaciółmi. Jego miejsce zajął Jakub Dworak, otwarty na rzeczy nowe, muzyk poszukujący i co najważniejsze, dający mi inspirację. A za perkusją moje jedno z najważniejszych prywatnych odkryć - Dawida Fortuna. Łączy nas empatia, nie muszę mu nic tłumaczyć, a ciągle czymś mnie zaskakuje. Program koncertu w S1 skupi się na zawartości ostatniej płyty "Something Personal" ale zdradzę, że chcemy ten koncert nagrać, może będzie z tego album "live".

"Słuchając, jak Paweł Kaczmarczyk wydobywa dźwięki z klawiszy, możemy zrozumieć, na czym polega pełnokrwista, pełna zaangażowania pianistyka jazzowa.", tak napisał o Tobie Howard Reich z "Chicago Tribune".  Gdy dodamy do tego kontrakt z słynną wytwornią płytową ACT, laury za album "Complexity in Simplicity", to chyba jesteś artystą spełnionym?

Czy tak jest? Daleki jestem od wystawiania sobie ocen, koniec mojego dzieła, efekt tego co robię, co gram,  widać. Nie towarzyszy mi myślenie ideologiczne, przeraza mnie w muzyce to, że są tacy którzy najpierw widzą ideologię a potem muzykę. Dla mnie muzyka jest samoistnym bytem, pięknem, emocjami. Wreszcie muzyka to pomoc innym muzykom, środowisku a szerzej sztuce. Patrzę na całe zjawisko kulturowe jakim jest polska muzyka a w szczególności jazz, jak na pewną grę zespołową. Jest taki dosyć ostry dowcip, który spointuję: ja wolę jeść tort z kolegami. To sztafeta pokoleń. Lubię być sobie kapitanem, sterem i okrętem ale również lubię wymianę energii stąd liczne działania w duzych grupach. Nie tylko muzycznie ale i przy organizacji festiwali. Korzystam z ich wiedzy, doświadczenia.

Czyli grupa ludzi jako mieszanka wybuchowa, tygiel w którym miesza sie kolory aby powstał nowy?

Czy tak jest? Pewnie tak, ale do jednych to trafia do innych nie. Uczę się szanować to, że ktoś ma odmienne zdanie i ma do prawo. To jak widzisz, również ciągła nauka.

Czyli będąc szefem słuchasz innych.

Tak. Tak było przy krakowskim klubie Harris, kiedy tworzyłem jego linię programową i brzmienie,  tak jest też przy organizacji festiwalu Jazz Jauniors oraz przy platformie artystycznej International Exchange. Ale takie działanie ma poważny minus - muszę też oddzielić zapaleńców od tych, którzy działają wyłącznie z pobudek materialnych, dla własnych korzyści.

Ale jazz to zawsze był również konflikt starego z młodym.

Jazz to sztafeta pokoleń, jak cała sztuka. Nestorzy dają doświadczenie i wiedzę, młodzi energię. I to jest ten paradoks, że w ewentualnym sporze wszyscy mają rację.

Najważniejsze aby uczyć się od innych nie popełniać wcześniej popełnionych przez nich błędów. Nie musimy wyważać już otwartych drzwi, tracić energii i czasu. To, że oddamy im swoją młodzieńczą energię to mała zapłata. Ich widza jest bezcenna.

Chyba głośno to powiedział i zdefiniował Miles Davis.

Tak to działa. Ale trzeba dojrzeć aby to zrozumieć, ja jestem gdzieś po środku wiekowo, pracuję z młodszymi i starszymi, dokładnie widzę i słyszę co kto wnosi. Ale czuję też, kiedy osobiście sam daję komuś pretekst, dźwiękowy strzał - zastrzyk energii. Zawsze tworzy się coś nowego. Nie odkrywamy Ameryki, tak też działają wielkie korporacje. Jest doświadczenie, które czerpie od młodych energię, zapał, innowację.

Intuicja jako drogowskaz?

Intuicja i upór. Konsekwencja i świadomość, że nie mogę odpuścić, usiąść i patrzeć na wszystko z perspektywy wygodnego fotela. Muszę iść, potykać się, błądzić aby ostatecznie wygrywać. Nawet jeśli coś zrobię źle, to wiem, że to moje dochodzenie do prawdy. Wiem, jest też w sztuce wyrachowanie, ale inaczej nie może być. Musisz przewidywać.

Tak modni w jazzie pianiści - introwertycy, to twoje estradowe przeciwieństwo, Ty na scenie jesteś zwierzęciem.

(śmiech) Masz rację. Kiedyś byłem zapatrzony w intelektualistów jazzu, ale zauważyłem w nich pewna dozę lekceważenie publiczności, zasklepienia we własnym świecie. To sprawiło, że zaczęła wymierać publiczność jazzowa. I zrozumiałem, że to był efekt odwrócenia jazzmanów od słuchaczy. Ale to się zmieniło. Jazz w całej swej masie zrozumiał, że w historii był muzyką użytkową, taneczną, dla ludzi. Ktoś chciał wsadzić jazz w ramy muzyki klasycznej, filharmonicznej, a zapomniał, że wyszła ona z tanecznych rytmów. Ale nie chodzi też aby na scenie tarzać się przy instrumencie, rzucać się jak kretyn i opowiadać dowcipy. Rozumiesz skrót myślowy, prawda? Ale trzeba coś powiedzieć, być ekstrawertycznym. Oczywiście są pokusy, aby iść z prądem, gdy ci "żre" ulec oczekiwaniom publiczności, ale wyzwaniem jest nie ulec tej pokusie podobania się, bo gdzieś ulatuje głębia. Tych pokus się obawiam i od nich uciekam. Ta walka, czy raczej balansowanie - mam nadzieje - nigdy nie skończy się. to sceniczna świadomość ale też umiejętność słuchani przyjaciół; uważaj, skręciłeś w złą stronę. Cenię takie uwagi, przyjaźń bywa szorstka. Ta wartościowa, budująca.

Trochę przypominasz Bacha. On pisał kantatę co tydzień, ty masz co tydzień nowy program w ramach klubowego cyklu Dirctions in Music.

To nadrabianie czasu. Nadrabiam czas studiów, nomen omen nie skończonych, kiedy brak było czasu wchodzenie w głębię w konkretnych kompozytorów. Na studiach dostałem wiele wiedzy ale nie wiedziałem co z ta wiedza zrobić. Zrobiłem przeszło 30 projektów już zagranych i mam kolejnych 6 na warsztacie, to dla mnie uzupełnienie braków i dar zrozumienia muzyki. Teraz chcę dotknąć Ornette'a Colemana.

Pracujesz w fachu który kochasz.

Przez to nawet przez chwile nie jestem w pracy. Artysta musi mieć dozę nonszalancji, muzyk zwłaszcza. Gdy grasz przed tysiącem ludzi to musisz się z tym zmierzyć, spróbować wszystkich zadowolić. Ale nie możesz wyjść z bajki, która nazywa się sztuką. Diabeł tkwi w szczegółach.

Rozmawiał: Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie

środa, 27 stycznia 2016, jazz-gazeta

Polecane wpisy