PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
Piękno zrodzone w bólu - Lari Lu dla Gazety Polskiej Codziennie
Jest jednym z najbardziej interesujących głosów naszej muzycznej sceny. Niezależna, odkrywcza i szukająca bezustannie swojej ścieżki, jak nit inny dotąd w Polsce, poszła śladami sonorystycznych eksperymentów Björk, wielopłaszczyznowych zabaw z dźwiękami jak u Laurie Anderson. Jednak nigdy nie wyszła z ram komunikatywności niezależnego, elektrycznego popu. Proszę Państwa, oto Lari Lu!

Paradoksalnie, choć jej muzyka pełna jest syntezatorowych barw a akustyczne brzmienia podlegają niejednokrotnie elektronicznym przetworzeniom, to ostateczny efekt cały czas ma akustyczny charakter. Można powiedzieć, że Lari Lu a właściwie Anna Józefina Lubieniecka, nadaje elektronice ludzką, idącą w parze z rytmem natury, twarz. I tym ujmuje słuchaczy. Na koncertach perfekcyjna, z nienaganną dykcją i - co niestety nie jest normą w naszym showbiznesie - doskonałą intonacją, tak precyzyjną, że wręcz unikatową na naszej rodzimej, zdominowanej przez płeć piękną scenie muzycznej. Artystka ma pełną świadomość tego, co czyni ją - wokalistkę atrakcyjną na scenie, panuje nad każdym elementem swej kreacji - interpretacji. Równie ważny jest gest, oświetlenie, co barwa instrumentów czy pogłosy sterowane przez akustyka zespołu. Ma na koncie jeden studyjny album "11", który doczekał sie niedawno serii remiksów, nowych odczytań popełnionych przez producentów, DJ-ów, przyjaciół artystki. Właśnie rusza w trasę koncertową z tym materiałem. Śledzę jej karierę od ponad roku, nieustannie zdumiony, że ktoś z takim potencjałem ciągle wpisany jest w kulturę klubową, niszowe działania medialne. Lari Lu to postać, która powinna pokazywać naszą, polską muzykę popularną, stać się szybko ambasadorką muzycznego profanum, bowiem artystyczny walor jej dokonań jest niepodważalny a estetycznie i wykonawczo to Mt Everest klubowych klimatów. I co najważniejsze, w zalewie muzycznej papki, jej propozycja nie jest plastikowa, wtórna. Tego chce się słuchać! A co na to sama Anna Józefina?

No właśnie, jak się do ciebie zwracać Lari Lu, czy prościej, Anno Józefino?

Józiu, Aniu, Lari. Jak kto woli. 

Gdy prześledzi się twój artystyczny życiorys, to mam jedną refleksję: miałaś schludnej kariery u Rubika złoty róg, wybrałaś solowej kariery sznur.

Nie zamieniłabym tego "sznura" na nic innego (śmiech). Oczywiście, nie jest łatwo, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Nagrodą jest to, że robię to co kocham i idę dalej. To moja droga. Trochę pod prąd, ale gdy bliżej mi do siebie jestem najszczęśliwsza. 

Musical "Romeo i Julia" Stokłosy i Józefowicza, trzy lata jako kolejna front-woman w Varius Manx, prawie cztery lata z Piotrkiem Rubikiem zwieńczone trzema płytami, komercyjnymi hitami i wreszcie własny skok na głęboką wodę. Jak na to patrzysz z perspektywy 15 lat estradowej kariery?

Te projekty dały mi bardzo wiele. W nich zdobywałam doświadczenie i poznałam wspaniałych ludzi. To wszystko pomogło mi spełnić moje marzenie, a od zawsze była nim solowa płyta. Skok na głęboką wodę tłumaczę jako coś naturalnego i nic wielkiego. To było silniejsze ode mnie. Taka kolej rzeczy.

Czy młodemu artyście występ w telewizyjnym talent show jakim jest "Szansa na sukces" otwiera drogę do kariery czy raczej daje kopa do pracy?

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Jednym taki program otworzy drogę do kariery, drugim w niczym nie pomoże... Z moich najświeższych obserwacji jednak wynika, że telewizja ma wciąż największą siłę promocji. Mimo, że ja jestem pokoleniem YouTube’a i telewizora nie mam, to bardzo wiele ludzi ogłada takie programy. 

Nigdy nie kryłem, że twój album "11" i Ty sama, to dla mnie odkrycie nie tyko roku, ale zwiastun czegoś nowego, co niesie ze sobą brzmieniem duża grupa artystów skupionych wokół wokalisty, producenta i multiinstrumentalisty Roberta Amiriana. Weszliście przebojem w polski rynek. To co zrobiliście to niemal manifest, kontrpropozycja. demonstracja, że muzyka popularna, taneczna - klubowa, nie musi być wyzuta z piękna.

Naprawdę bardzo miło mi to słyszeć. Praca nad "11"-tką i czas spędzony z Robertem Amirianem, Random Trip'em i wszystkimi muzykami był silnie inspirujący, chwilami niesamowity. Chciałabym żeby to wróciło… Prawdą jest oczywiście, że wiele rzeczy rodziło się w bólach, ale ten ból był piękny. Z perspektywy czasu widzę też, że droga jest ważniejsza od celu. 

Jak Ty określiłabyś styl własnej muzyki?

Wciąż go szukam i czuje, ze najbliżej mi do elektroniki... 

Kiedy słucham tekstów, to odnoszę wrażenie, że pisze je osoba z doświadczeniem czterdziestolatki "po przejściach" a nie 28-latka. Ile jest w nich Ciebie, ile fikcji czy doświadczeń cudzych?

Rzeczywiście prywatnie trochę przeżyłam i trochę mam...do zapomnienia. A w tych tekstach jestem sobą. Nie wyhodowałam jeszcze drugiego serca, ale mam taki plan... Chciałabym nauczyć się pisać dla samego pisania, a póki co nie potrafię oddzielić go od swojego życia. Na "11" zrzuciłam trochę ciężarów.

Twój fonograficzny debiut ma już drugie odbicie - album z remiksami. Jak dokonałaś wyboru kto i co przerobi z repertuaru Lari Lu na swoją modłę?

Można powiedzieć, że wpadaliśmy na siebie różnie. Z Rafałem Malickim zapoznał mnie Robert Amirian. O DreamChach powiedział mi Michał Trzciński na koncercie Baascha, kiedy tańczyliśmy do jego remixu. Swoją drogą remiks Baasch’a także znalazł się na mojej płycie. Z Natalią Gadziną zapoznałam się dzięki mojemu znajomemu Kubie Galinie, a Dustplastic to moi koledzy. Z Envee’m wpadliśmy na siebie na ul. Francuskiej w Warszawie. Krzyknęłam: Envee! gdzie mój remiks? - zastawiając Mu drogę (śmiech). Jak widzisz, remiksy powstały w sumie jak płyta, w atmosferze przyjaźni. 

A zdradzisz klucz swojego pseudonimu artystycznego?

Muzycznie jestem gdzie indziej niż kiedyś. Mój solowy projekt odbiega od tego co robiłam wcześniej. Pseudonimem chciałam to zaznaczyć. Lu to od mojego nazwiska a Lari wzięła się od imienia Laria, co znaczy "jasna". To tak trochę na rozjaśnienie mroków (śmiech).

W najbliższy piątek wystąpisz w klubie Stodoła, sądząc po poruszeniu w Internecie, komplet publiczności gwarantowany. Ruszasz w większą koncertową trasę?

Na moim koncercie w Stodole zaprezentujemy nowy i już ostatni z "11" teledysk bardzo obiecującego kolektywu filmowego RO/SA. Będzie to video do "Rany", który nakręciliśmy na XIII Plenerze Fotograficznym w Michałowicach. Nie mogę się doczekać. Przede mną trasa z remixami, Kraków, Katowice, Wrocław, Kielce, Poznań… Wszystkie szczegóły za chwilę na moim profilu facebookowym. No i oczywiście zapraszam do Stodoły.

Śpiewasz, grasz na ukulele, obsługujesz elektronikę, perkusjonalia, jak dobrałaś muzyków do zespołu?

Najlepiej gdy się kimś zafascynuję, a potem do tego kogoś dzwonię. Pijemy kawę, a potem gramy. 

Jakie plany na przyszłość?

Chcę być piekielnie szczęśliwa.

Tego Tobie życzymy.

 

Rozmawiał: Piotr Iwicki- Gazeta Polska Codziennie



sobota, 16 stycznia 2016, jazz-gazeta

Polecane wpisy