PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
Bo wie to David - Piotr Iwicki - Gazeta Polska Codziennie
"- Stałem na scenie i zadawałem sobie pytanie, co wy tu robicie, po co przyszliście na mój koncert, powinniście iść na Phila Collinsa! Z czasem okazał się, że to sam sobie powinienem zadać pytanie; co ja tu robię?" David Bowie

Bo wie to David

Z niedzieli na poniedziałek odszedł David Bowie. Jeden z najbardziej charyzmatycznych artystów w historii muzycznego biznesu. Zaskoczył swą definitywną absencją tak bardzo, że wydaje się ona być wpisana po mistrzowsku - o zgrozo - w strategię marketingową jego albumu "Blackstar". Spłatanym przez los przebłyskiem czarnego humoru. Oczywiście pod warunkiem, że byłaby to kolejna poza Mistrza. Niestety, taką nie jest.

Artysta dwa dni po swoich 69 urodzinach i premierze najbardziej awangardowego album przegrał półtoraroczną walkę z rakiem. Odszedł otoczony rodziną, która w oficjalnym wpisie na profilach internetowych artysty poprosiła o uszanowanie jej prywatności. Kiedy teraz sięga się po jego najnowszy album, czy czyta anonse promujące grudniową premierę teledysku "Lazarus" ("Łazarz") kompletnie inaczej odczytujemy mroczny videoclip "Blackstar" czy sam sens najnowszego singla.  

Mistrz dwuznaczności

Kiedy spogląda się na cały dorobek Bowiego a właściwie Davida Roberta Jonesa (bo tak naprawdę się nazywał) to odnosimy wrażenie, że cały czas z nami grał, wysyłał sygnały, można wręcz powiedzieć alarmy przestrzegające przed samozagładą, zagubieniem, ale równocześnie nawoływał do szukania i odnajdywania własnej drogi. Jak wielokrotnie mówił w wywiadach, jego życie często było jazdą po bandzie. Gubił się ale i odnajdywał. sprawiał wrażenie zagubionego, przytłoczonego zarówno świadomością ulotności ale i zapatrzonego w muzyczne jutro. Jeden z jego fanów po premierze "Lazarusa" skonstatował, że Bowie od blisko 40 lat jest o krok przed całą muzyczną branżą, lśni niesztampowymi pomysłami tak odmiennymi od głównych nurtów, że śmiało można o nim mówić kreator, muzyczny dyktator. Ona sam paradoksalnie chyba był najostrzejszym krytykiem własnej twórczości. Dzisiaj mając na koncie siedem albumów w gronie 200 najważniejszych płyt wszechczasów (wg magazynu UNCUT, listę stworzyło 59 krytyków i dziennikarzy) wyprzedzając  Beatlesów z ich sześcioma krążkami, The Cure, Boba Dylana, Neila Young (mają po 5 tytułów) oraz The Rolling Stones i The Velvet Undeground (po 4), sprawia, że analiza poszczególnych tytułów jego płyt pokazuje zarówno zwroty w brzmieniu artysty, jego wpływu na całą muzykę czy popkulturę. Nic dziwnego, gdy ktoś sprzedaje łącznie ponad 140 milionów płyt, musi pozostawiać odcisk na całym muzycznym biznesie.

Kariera Brytyjczyka rozbłysła w latach 70. minionego stulecia. Pierwszy wielki hit "Space Oddity" (1969) zwiastował niesztampowość artysty, który niebawem miał nam się pojawić jako androgeniczny przybysz z kosmosu, bohater jednej z najważniejszych płyt rocka "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars". Jak to zwykle miało miejsce, Bowie wszedł w rolę swoje bohatera i zdając sobie sprawę z blasków sławy ale i jej cieni, na jednym z koncertów raptem rok po premierze oznajmił, że to koniec Ziggy'ego... w 1975 roku debiutuje jako aktor w świetnie przyjętym filmie "The Man Who Fell to Earth" od tego czasu jego kariera płynie wielotorowo. Jest wokalistą, kompozytorem, pełnokrwistym rockersem, ale również aktorem (filmowym i teatralnym), producentem cudzych płyt. Rozpoczyna się dla niego czas uzależnienia od kokainy, okres kolejnych legend i mitów na jego temat. W 1976 roku jedzie do Berlina, który fascynował go jako artystyczny tygiel. Współpraca z Brianem Eno, Robertem Fippem zaprocentował tzw. berlińska trylogia czyli albumami: "Low", "Heroes", "Lodger".

Kolejna dekada to rozliczenie z przeszłości, często ironiczne ("Scary Monsters /and Super Creeps/") czy hitowy ale z czasem znienawidzony przez samego twórcę album "Let's Dance". To był czas Bowiego-eleganta, mistrza popu. W wspomnieniach  mówił tak:

- Stałem na scenie i zadawałem sobie pytanie, co wy tu robicie, po co przyszliście na mój koncert, powinniście iść na Phila Collinsa! Z czasem okazał się, że to sam sobie powinienem zadać pytanie; co ja tu robię?"

W tym samym czasie obok tytułowego hitu z krążka oraz "China Girl" nagrał wspólnie z grupa Queen inny przebój - „Under Pressure”. Ale połowa lat 80. to również pierwsze odważne wejście Bowiego do całkiem innego muzycznego świata. Nagrany wspólnie z gigantem jazzu, gitarzystą Patem Metheny przebój "This Is Not America" (w oryginale na ścieżce dźwiękowej filmu "The Falcon and the Snowman") ukazał ciągłą wolę Bowiego do poszukiwania. Niespokojny duch sprawiał, że nagrywał kolejne płyt, raz lepsze, raz gorsze. Na początku XXI wieku pojawiły sie pierwsze problemy ze zdrowiem, sam Bowiem kwitował je jako cenę, którą się płaci za szaleństwa młodości.

Jeśli w kontekście artystów pisze się, że byli niezastąpieni, jedyni, niepowtarzalni, często idzie to w parze z przesadą, patosem. Ale David Bowie faktycznie kimś takim był. Kontrowersyjny nie tylko wizerunkowo (jak choćby w kwestii swojej orientacji seksualnej, raz przyznawał się do biseksualności, kiedy indziej mówił, że jest gejem, z czasem wycofał się tych deklaracji choć równolegle atmosferę podgrzała jego była żona Angela, twierdząc, że Bowiego łączył romans z Mickiem Jaggerem). Wierzyć się nie chce, że odszedł od nas artysta świetnie znany i ...kompletnie nie znany. Wiedzieliśmy o nim tylko tyle, ile on sam chciał, abyśmy o nim wiedzieli. I pewnie inaczej odczytalibyśmy tekst ostatniego hitu - "Łazarza":

"Spójrz stary, jestem w niebezpieczeństwie. Nie mam nic do stracenia. Jestem tak wysoko, mój mózg wiruje; Będę wolny". Czy w ten sposób zwiastował swoje odejście? Mówił coś, czego nie mogliśmy wiedzieć? Wszak ktoś, kto przychodził do nas jako Ziggy wprost z gwiezdnego pyłu, kto serwował kolejne oblicza z łatwością prestidigitatora wyciągającego kolejne króli z kapelusza, ktoś taki przeczuwał kraniec ziemskiej podróży. Mam tym samym wielki szacunek, że ta świadomość nigdy nie została spożytkowana jako tania sensacja mogąca jeszcze bardziej podbić komercyjnie najnowszy, znakomity album. Bez tego i tak bryluje na pierwszych miejscach światowych rankingów konkurując w zasadzie tylko z Adele. Tym samym zawarta w tytule przeze mnie gra słowna dzisiaj ma już czas przeszły, dokonany. Tylko maestro David wiedział jak było, a my jeszcze długo będziemy zastanawiać się nad zawartymi na "Blackstar" kodami, przenośniami.

Piotr Iwicki



wtorek, 12 stycznia 2016, jazz-gazeta

Polecane wpisy