PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
Cudze chwalicie… Napiórkowski i jego KonKubiNap
Od pewnego czasu jestem zwolennikiem teorii, że większość zaskakujących albumów to efekt naszej rodzimej, jazzowej produkcji, zaś krążki przychodzące do nas z oddali, często zawodzą, ich zawartość nie zaspokaja oczekiwań. Z tym większą radością odnotowuję fakt, że jeden z najlepszych gitarowych – jazzowych krążków w tegorocznej ofercie bez podziału na kontynenty, to dzieło rodzime, niezastąpionego Marka Napiórkowskiego i jego kompanów.

Kompilacja koncertowych rejestracja z pięciu miejsc w naszym kraju, już tytułem puszcza do nas oko. KonKubiNap odwołując się do nazwisk i imion uczestników rozimprowizowanego muzykowania, zdradza personalia artystów, których lider zaprosił do współpracy. Na basie elektrycznym jak zwykle Napiórkowskiego wspiera Robert Kubiszyn, jazzman którego sposób budowania basowego fundamentu wyszedł tutaj znacznie dalej niż sztampowe powielanie typowej roli basisty dającego jedynie wypełnienie nutami w dolnym rejestrze, Kubiszyn z Napiórkowskim tworzą rodzaj monolitu, coś co najprościej można porównać odwołując się do odwiecznych technik kompozytorskich, gdzie jednemu przypadało w udziale prowadzenie melodii gdy ktoś dopełniał ją kontrapunktem. Jednak o ile onegdaj takie sztuczki wymagały skrzętnego zapisu nutowego, o tyle lider i jego basista zdają się być połączeni ponadzmysłową muzyczną empatią. To „coś” dzieje się na płaszczyźnie muzycznego porozumienia, dialogu starych dobrych znajomych. I nic dziwnego, ilość projektów w których obaj uczestniczyli wspólnie, trudna jest do wymienienia. Oni zdają się grać ze sobą od zawsze, a KonKubiNap w szeregu płyt autorskich Napiórkowskiego jako lidera to ich trzecie spotkanie, czyli maksymalne, bowiem tyleż solowych albumów lider dotąd wydał (dla przypomnienia NAP- 2005; Wolno2007).

Teraz przyszła kolej na rozszyfrowanie pierwszego członu tytułu krążka. Oczywiście chodzi o Czarka Konrada, bezdyskusyjnego lidera w gronie naszych perkusistów, który również tutaj pokazuje, że nadal nie ma zamiaru wypowiedzieć ostatniego słowa. Gra perkusisty zdaje się być bezustannie „w drodze”, ewoluuje, zmienia się jak w kalejdoskopie w zależności od stylistycznej formuły i brzmienia formacji. Ważnej jest też to, że artysta nie jest kalką kogokolwiek, nie zakłada przysłowiowych cudzych butów ale kreuje swoje własne muzyczne byty, odciskają silnie piętno na brzmieniu całej formacji.

I tutaj dotykamy istoty albumu. Płyta choć sygnowana nazwiskiem lidera, niesie z sobą coś, co można śmiało nazwać jazzową demokracją. Ktoś, kto nie wiedziałby, że za krążkiem stoi gitarzysta, śmiało mógłby posądzać, że spiritus movens przedsięwzięcia jest perkusista bądź basista, bowiem tyle samo pewne co to, iż mamy do czynienia z małym, zaklętym w elektroniczne bity swingującym cudeńkiem jest również to, że żadna fraza, żadna nuta nie została tutaj zagrane z pobudek przypodobania się, schlebiania tanim gustom jako wykwit przerostu artystycznego ego. Nic z tych rzeczy! Bez względu na to, czy słuchamy kompozycji Konrada (świetnie znany z jego rozmaitych projektów temat Allan) czy też echa krążków Wolno Napiórkowskiego oraz koncertowego Full Drive 2 Henryka Miśkiewicza – mowa o kompozycji Vietato Fumare, słyszymy wielką pasję, pełne zatopienie muzyków w tym co robią. To wspaniały przykład muzycznego dialogu, coś jak spotkanie starych dobrych znajomych, którzy zamiast oddać się nieskrępowanej słownej dyskusji, sięgnęli po instrumenty i zaczęli prowadzić wciągającą rozmowę. Rozmowę na nuty. A wierzcie mi, wystarczy wcisnąć przycisk PLAY aby zostać wciągniętym w ten zaklęty krąg brzmieniowej konwersacji bez reszty.

Ale to o czym napisałem powyżej, to nie jedyne atuty, swoiste magnesy, które powinny przyciągnąć słuchaczy - melomanów do tej muzyki. Tym czymś ekstra jest kompletna zmiana formuły w stosunku do tej, którą Napiórkowski zaserwował nam na poprzednim, niezwykle kameralnym, wręcz intymnym krążku. Nie kryłem i nie kryję, że poprzednie dzieło Napiórkowskiego urzekło mnie sowim pięknem, stąd z tym większą radość zdradzam, że KonKubiNap podtrzymuje wysokie loty artystyczne poprzedniego wydawnictwa, jednak niesie ze sobą niespodziankę, kompletnie odmienną formułę brzmieniową. O ile cztery lata wstecz było w tej muzyce coś z elegancji i powściągliwość Pata Metheny, szlachetności Charlie'ego Hadena czy inteligencji tandemu Metheny – Sciofield spod szyldu  I Can See Your House from Here, o tyle teraz nasze skojarzenia podążają ku najlepszym dokonaniom Scotta Hendersona, Allana Holdswortha czy przewrotności Johna Abercrombie. W tym muzykowaniu jest miejsce na demoniczną wersję Coltrane’owskiego Giant Steps ze zjawiskowym solówkami Kubiszyna i Napiórkowskiego, gdzie kompletnie zaciera się granica oddzielająca rolę lidera od akompaniatora. Jest też miejsce na piękny oddech i bezgraniczną przestrzeń jak choćby w kompozycji Mill czy powściągliwym temacie Wojtek. To wszystko dopełnia bezpretensjonalność a la Pastoriusowska Havona z wbijającym solem bębnów na finał.

Kolejny bezsprzeczny atut tej produkcji? Pomimo tego, że materiał został zarejestrowany w kilku miejscach, album zachowuje jedność miejsca i czasu, przed nami odgrywa się najpiękniejsze z muzycznych misteriów – koncert.  Wystarczy odrobina dobrej woli aby poczuć się tak, jak byśmy zasiedli w stylowych wnętrzach wrocławskiej Mleczarni czy podwarszawskiego Jazz Cafe. Spójność muzycznej konwencji wsparta konsekwencją w doborze zastosowanych środków wyrazu artystycznego sprawiają, że dotykamy tych fraz nie jak zbioru ośmiu płytowych tracków ale opowieść, muzyczną podróż, która ma prolog, swoje kolejne etapy i dociera gdzieś po rozmaitych perturbacjach do finału. Czy jednak finału? Po nim czeka nas jeszcze coś. Ujmujące, wręcz hipnotyzujące Wciąż się śnisz przechodzące niespodziewanie  w Between a smile and a tears. A na czym polega owo niespodziewanie, nie zdradzę. Sprawdźcie sami.

Piotr Iwicki



niedziela, 09 października 2011, jazz-gazeta

Polecane wpisy