PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
Zbigniew Seifert Quartet - NORA
Album ze znakiem jakości JazzGazety

Seifert NORA

Jestem zachwycony, jestem niemal oszołomiony. Ta muzyka rzuciła mnie na kolana. Dlaczego? Aby zrozumieć mój stan uniesienia po jej przesłuchaniu, trzeba wiedzieć, że:

- gdy niniejsze nagrania powstawały, autor jedną nogą tkwił w przedszkolu a drugą w Szkole Muzycznej w Bydgoszczy

- spuścizna (czyt. nagrania) po mistrzu Seifercie z tego okresu jest dla wielu swoistą białą kartą (no oczywiście z wyjątkiem bywalców Jazz Jamboree i Jazzu nad Odrą, niestety niżej podpisanego rodzice jeszcze wówczas na koncerty nie puszczali)

- nic nie sprawia tak wielkiej radości jak miłe zaskoczenie z tego, że nasi grają jak tamci z za Atlantyku.

Bo w istocie tak jest. Kwartet Seiferta (lider – saksofon altowy; Jan Jarczyk – fortepian; Jan Gonciarz – kontrabas; Janusz Stefański – bąbny) zdumiewa tutaj nie tylko jakością grania, nienachlanym powinowactwem z muzyką Coltrane’a, Lloyda czy Dolphy’ego, ale progresja jej poziomu. Warto bowiem wiedzieć, że nagrań zawartych tutaj dokonano na przestrzeni 19 miesięcy i śmiało można rzec, że rejestrację marcową z 1969 roku na JnO z nagraniami o półtora roku starczymi dzieli artystyczna przepaść, kompletnie nie ujmując nic archiwaliom wrocławskim.

Gdy słuchamy pierwszych trzech indeksów, słyszymy zespół, który znakomicie odrobił lekcję z klasyki modern-jazzu, a jego muzycy posiadają coś co jedni nazywają osobowością a inni lwim pazurem. Dowód? Swietna gra Seiferta w Blue In Green, kompletnie wolna od naśladownictwa tych wszystkich, którzy mierzyli się z tym mega standardem onegdaj. Natomiast „Nora” (kompozycja Seiferta) to jazzda już kompletnie bez trzymanki. Widać, że tutaj muzycy dają z siebie wszystko (na co było ich w dniu 9 marca 1969 roku stać). Tu już idą na całość, nawet za cenę wpadki w temacie, i pewnych nieprecyzyjności w roffie kończącym solo saksofonu. Jednak to co dzieje się przed (popis lidera) i po (znakomite solo Stefańskiego) poraża. Wierzyć się nie chce, że tak się u nas grało wówczas. Śmiem twierdzić, że dzisiaj mało kto morze się nad Wisłą mierzyć z tym co robili wówczas Seifert i jego kompanii.

Zbigniew Seifert

Ale musiało upłynąć trochę czasu, aby  do tego grania doszło jeszcze coś, co dzisiaj nazwiemy własnym obliczem. Sięgnijcie do tracków 4-6 (Jamboree z 1969) nie mówiąc o rok starszej rejestracji jamborkowej, aby zauważyć, że formacja po półroczu od JnO wykonała wielki skok w stronę jazzowej niepodległości (brawa za „Reminiscencje” za konglomerat piękna tematu o otwartej harmonii nie krępującej muzyków w improwizacjach; „Złudzenie” Jarczyka wciąga zaś pewną typowo polską melancholią i romantyzmem, wpisując się post-komedowską szkołę – solo kompozytora, wspaniałe; finałowy z tego koncertu „Taniec garbusa” – genialna rekapitulacja występu) by w 1970 roku być czymś co śmiało nazywam jednym z najpiękniejszych owoców nie tylko polskiego ale europejskiego jazzu.

I pozwolę sobie już teraz na przeskok do indeksu siódmego i ósmego czyli tematów „Ten niezastąpiony” i „Meandry”. Już pierwsze dźwięku wykazują, że zespół wykonał wielki krok w dziedzinie kompozycji i scenicznej empatii. To bardziej preteksty do dalszego swobodnego budowania improwizacji, hasła, motta, a nie forma która wiąże ręce. Gdy słucham obu kompozycji odnoszę wrażenie, że historia kolejny raz raczy nas chichotem, bowiem muzyka takiej jakości powstawał podobno tylko gdzieś ciemnych klubach Nowego Jorku. Nic błędniejszego! Jestem pewien, że gdyby komuś odtworzyć to granie, demoniczne solo Seiferta otwierające „Tego niezastąpionego” (być może w zamyśle lidera hołd dla „Trane’a”) to padły by wyłącznie największe nazwiska jazzu lat 60. Jazzu z pogranicza modern i free. Tutaj gra Seiferta (totalny odlot!!!) i Jarczyka (coś na miarę Tynera i jego epigonów, bez taryfy ulgowej) to kunszt godzien zapisów w najważniejszych leksykonach jazzu, a muzyka z „Nory” to granie już wpisane w historię gatunku, kamień milowy naszego jazzu. Posłuchajcie, jak muzycy kolektywnie budują napięcie, dramaturgię „Meander” oby zobaczyć jak polski jazz podawał sobie rękę z dokonaniami z za Atlantyku. Tu nie ma nawet krzyny kunktatorstwa, jest soczyste granie pełne emocji. I taka muzyka wygrywa z czasem. Kurz jej się nie ima. I świetnie, że komuś takiemu jak Michał Wilczyński przyszło do głowy, aby wydobyć to granie z przepastnej czeluści naszych radiowych archiwaliów. Oczyścić brzmieniowo, uczynić graficznie atrakcyjnym (piękna trzyjęzyczna wkładka prorokuje świetny odbiór tego materiału na całym świecie). „Nora” to bezwzględnie wielkie wydarzenie w naszej jazzowej fonografii na tle ostatnich lat. Wśród reanimowanych archiwaliów – kto wie – czy nie najważniejsze. To nagranie, które może zawojować świat. Trzeba tylko je światu pokazać. Pierwszy krok już uczyniony. Trzymam za „Norę” kciuki.

Piotr Iwicki

Zbigniew Seifert Quartet "NORA" GAD Records

Jazz Gazeta sprawuje medialny patronat nad płytą.

poniedziałek, 26 lipca 2010, jazz-gazeta
Komentarze
Gość: vIoL, nat3.finemedia.pl
2011/11/27 02:18:02
Nie żebym się czepiał, ale o jakie morze (przez "rz") nad Wisłą chodziło autorowi....