PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
Po koncercie Malene Mortensen

To był najdziwniejszy koncert w całej historii Jazzu na Starówce. Pierwszy, który odbył się w klubie a nie na Rynku. Oby pierwszy i ostatni. Dla tych, którzy nie byli kilka słów recenzji (wersja pełna, bez gazetowych - redakcyjnych cięć).

Panienka z okienka i jazzowy deszcz

Piotr Iwicki
2008-08-17, ostatnia aktualizacja 2008-08-17 17:28

W czternastoletniej historii Międzynarodowego Plenerowego Festiwalu "Jazz na Starówce" tak dramatycznego koncertu jak sobotni występ duńskiej wokalistki Malene Mortensen nie było

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Panienka z okienkaW czternastoletniej historii Międzynarodowego Plenerowego Festiwalu Jazz na Starówce, spełniło się wiele scenariuszy. Do soboty wydawał się, że wszystkie. Tak dramatycznego koncertu, jak ostatni dotąd nie było.Gwiazdą koncertu była znakomita duńska wokalistka Malene Mortensen, artystka równie swobodnie poruszająca się w popowej piosence, soulu co jazzie. Gdy przed staromiejską sceną i w pobliskich kawiarnianych ogródka zgromadziło się ponad tysiąc fanów, na Starówkę spadłą ściana wody. O ile dotychczas, przez ponad dekadę festiwalowe gwiazdy konfrontację z deszczem mniej lub bardziej spektakularnie wygrywały, w sobotę górę wziął deszcz. Źle zabezpieczony stół mikserski, zamoczone łącza… Kolejny raz okazała się, jak wysokie technologie są wątłe w obliczu dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu połączonych w cząsteczkę wody spadającą z nieba. Nie było wyjścia, szybka decyzja organizatorów, anons z estrady i koncert przeniesiono do Jazzowni Liberalnej, kolejnego klubu ze słowem jazz w nazwie na stołecznej mapie. Oczywistym było, że setki melomanów zwabionych nazwiskiem gwiazdy na Rynek, nie mają szans na wejście do klubu. Obowiązywała zasada: kto pierwszy ten lepszy. Tłum szybko zapełnił się, ochrona wystraszona tłokiem przestała wpuszczać kolejnych chętnych, montowano pospiesznie sprzęt, by po krótkiej próbie akustycznej, na scenie pojawił się cały towarzyszący Mortensen kwartet. Sporo osób odeszło z kwitkiem ale ponad setka fanów z niżej podpisanym postanowiła posłuchać koncertu stojąc pod klubowymi oknami. W jednych było lepiej widać, w innych lepiej słychać. Choć do ideału było daleko, to jednak to co pokazała Dunka, warte było chwilowego dyskomfortu. Chwilowego, bowiem koncert tak jak niespodziewanie się zaczął, tak samo nagle się skończył.

Mortensen pokazała zmysłową mieszaninę jazzowej klasyki z nowoczesnymi brzmieniami. Zreharmonizowana wersja „Take Five” tylko tematem przypominał słynny standard, reszta osadzona było w nowoczesnym, podszytym klubowym brzmieniem klimacie. Z jednej strony akustyczny fortepian Magnusa Hjorthy, z drugiej elektryczna, przesterowana na modłę Allana Holdswortha gitara Calle Mörnera Ringströma (prawdziwy Joker w zespole) dopełnione solidnym wsparciem kontrabasu Pettera Eldha i bębnami Snorre Kirka, to wszystko pokazało jak inny od polskiego jest duński, skandynawski jazz. Gdy trzeba, skupiony, zmysłowy, po chwili rozwibrowany, wręcz schizofreniczny. Publiczność była zachwycona. Niestety, tylko nieco ponad pół godziny. O ile instrumentaliści z formacji pięknej, wręcz zmysłowej Malene na scenie czuli się swobodnie, ona, przyzwyczajona do ułatwiającego pracę na scenie odsłuchu, cały czas walczyła z tym, że nie słyszała co śpiewa. Gdy na widowni (a na pewno za moim oknem z którego korzystała również nasza jazzowa gwiazda Dorota Miśkiewicz) całość brzmiała przyzwoicie, chwilami wręcz pięknie, Mortensen walczyła z własnym cieniem. W końcu, odwołując się do bokserskiej terminologii, rzuciła ręcznik. Zeszła ze sceny, wyszła z Jazzowni z trudem hamując łzy. Szkoda. Z jednej strony, może wystarczyło zapewnienie, że wszystko jest w porządku, z drugiej zaś, nasuwa się smutna refleksja. Artyści najwyższej marki  radzą sobie w podobnych opałach bez problemu, a warto wspomnieć, że jazz onegdaj obywał się w ogóle bez prądu. Bywa – niestety – że zbyt wielka wiara w technologie, obraca się przeciwko gwiazdom. Tak było w sobotę, kiedy najpierw cuda techniki zawiodły, a potem ich zabrakło.

- Malene Mortensen bardzo przeżyła całą tę sytuację – skomentował sobotni jazzowy poligon szef festiwalu Krzysztof Wojciechowski. Sprawiała wrażenie załamanej, przybitej bo sama przyznała, że na całej letniej trasie koncertowej, ten warszawski był specjalnie dla niej ważny. Budowała na nim promocję na naszym rynku. Ale cóż, jest powód, aby zaprosić ją do nas może już za rok – zdradził.

Po tym co pokazała oraz po tym jak szybko rozchodziły się w sobotę jej płyty, śmiało można stwierdzić nie tylko warto, ale wręcz trzeba.

Przed nami jeszcze dwa koncerty Jazzu na Starówce, prawdziwe hity. Tego za tydzień, z udziałem giganta jazzowego kontrabasu Avishai Cohena, po prostu nie wolno przegapić.

Piotr Iwicki
wtorek, 19 sierpnia 2008, jazz-gazeta

Polecane wpisy