PIOTR IWICKI - niezależny serwis muzyczny - jazz, fusion, blues, jazzrock, koncerty, newsy.
Blog > Komentarze do wpisu
David Murray & Cassandra Wilson - po koncercie w Warszawie
Bardzo odważne granie (i śpiewanie)

Wczorajszy koncert słynnego tandemu, a w zasadzie New Black Saint Quartet Murraya z gościnnym udziałem Cassandry Wilson okazał się rewelacją ukazująca nowe oblicze słynnej wokalistki oraz potwierdzającym charyzmę genialnego saksofonisty.

New Black Saint Quartet to  powróty lidera do pomysłów, jakie realizował w latach osiemdziesiątych w ramach kreatywnego nurtu New Black Music, jednak mniej w nim było odwoływania się do elementów afrykańskich, Paradokslanie więcej było naleciałości karaibskich, Latino, niż ech Czarnego Lądu. Mnie najbardziej zdumiało to, jak swobodnie lider przekraczał granice między modern-jazzem, straight-ahed  a konwencja free. Tak gładko nie robi tego chyba nikt na świecie. U Murraya nuta post-coltraneowska miesza się z free (wyborne „Transitions” na otarcie koncertu) a soczyste frazy w balladach  dorównują najwybitniejszym osiągnięciom w te dziedzinie.

Jak łatwo było się domyślić, główny rytm koncertu w Sali Kongresowej, który odbył się pod szyldem Ery Jazzu, wyznaczały kompozycje z albumu „Sacred Ground”, a mega-gość – Cassandra swoje wejście przypieczętowała genialnym bluesem w medium tempo „ The Prophet Of Doom” (kawałek zamyka wspomniany album). Mnie powaliła z nóg wspaniały „The King of Pain”, gdzie blues i nowoczesny jazz podawały sobie rękę, zaś towarzyszący Murrayowi muzycy ; Lafayette Gilchrist - fortepian, Andrew Cyrille – bebny i kolejne rewelacja - basista Jaribu Shahid osiągnęli szczyty w akompaniamencie.

Gdybym napisał, że koncert nie miał rys, skłamał bym. Ot, Murray miał dosyć spore problemy intonacyjna na początku koncertu. Trudno zlokalizować przyczyny, jednak zdawał sobie z tego sprawę, bowiem w górnych rejestrach (zwłaszcza w partiach free) z premedytacja tuszował je, aby z czasem opanować intonację w całej menzurze saksofonu tenorowego. Był taki moment, gdy owa niestrojność zmartwiła mnie, bowiem w skali całotonowej zwyczajnie raziło i przyprawiało o ból zębów. Ale chwała mistrzowi za czujność. Czas okazał się być najlepszym lekarzem.

A kto nie był… ten trąba.

poniedziałek, 31 marca 2008, jazz-gazeta

Polecane wpisy

Komentarze
2008/04/01 06:47:37
Tak bardzo chciałam pójśc na ten koncert.. Niestety czas bywa mało uciągliwy..
Podejrzewałam, że to będzie niecodzienne przeżycie..
Nie wiesz czy jest zarejestrowany ten koncert? Czy będzie go można obejrzeć?
-
2008/04/01 15:35:12
Jak wynika z informacji Dionizego Piątkowskiego, całość została nagrana i planowane jest wydanie albumu "live" pod szyldem Ery Jazzu